RSS
poniedziałek, 27 października 2014

Jakiś czas temu opisywałam historię Tyldy. W notce jest takie zdanie: "Po zidentyfikowaniu płci nadaliśmy kociakom imiona: Tylda i Enter". Jakoś mało dokładnie tę płeć sprawdzaliśmy – dziś Adam miał okazję zajrzeć pod ogon Enterowi i… Enter okazała się dziewczynką! ;-))

Niezły numer. Enter (Enterka?) jest kotem podwórzowym, ale na jedzenie regularnie przychodzi, więc pewnie za jakiś czas obdarzy nas potomstwem. Ups…

No właśnie, co z imieniem? Adam mówi, że Enterka albo bez zmian, bo to podobnie jak Mercedes – też może być imię kobiece. Ja mówię Enta, bo to już nasza enta kotka. Znajomi zaproponowali Spacja. Jakieś inne pomysły?

21:33, ju-sty-na
Link Komentarze (4) »

Znacie film pod takim tytułem? Bardzo stary, sprzed sześćdziesięciu lat, w reżyserii Alfreda Hitchcoocka. Pod koniec XX wieku był też jego remake z Christopherem Reevem w roli głównej. Pokrótce fabuła jest taka: unieruchomiony w domu główny bohater (powodem złamana noga, a w drugiej wersji paraliż) przez tytułowe okno na podwórze obserwuje życie sąsiadów i wpada na trop zbrodni. Szczegółów nie zdradzę, bo może ktoś zechce ten film obejrzeć. Myślę, że warto. Chyba bardziej polecam wersję klasyczną – moim zdaniem lepszą.

Uświadomiłam sobie niedawno, że ja też mam swoje okno na podwórze – takie, przez które obserwuję otaczający świat. Spokojnie, sąsiadów nie podglądam! Sensacji i zbrodni też tutaj nie ma.

Za moim oknem rośnie ściana liściastego lasu. Jeszcze niedawno była soczyście zielona, potem bajecznie kolorowa, a teraz to już nie ściana, raczej coraz rzadsza firanka. Za lasem są tory kolejowe. Latem, przez liście, pociągu prawie nie słychać. Dziś usłyszałam go wyraźnie i zobaczyłam rząd mknących oświetlonych wagonów. Czyli jesień o nas nie zapomniała.

I pozazdrościłam ludziom z pociągu – wolności. :-(

20:48, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »
sobota, 25 października 2014

Po dwóch tygodniach od podania Mitoksantronu miałam zrobić badania krwi i moczu. Wiedziałam, że będą słabe, bo to jednak chemia, ale nie sądziłam, że będzie aż takie tąpnięcie – bardzo poleciały leukocyty i granulocyty. Lekarka pierwszego kontaktu spanikowała i wypisała mi skierowanie do szpitala.

Po konsultacji z neurologami stanęło na tym, że to niby typowe zachowanie organizmu po Mitoksantronie, mam zrobić ponowne badania za dwa tygodnie i powinno być już lepiej. Oczywiście, gdyby działo się coś gwałtownego natychmiast przyjechać na SOR.

Rozmawiałam też z koleżanką, która jest hematologiem. Generalnie potwierdziła, chociaż przyznała, że tąpnięcie duże. Nakazała mi unikanie wszystkich zaziębionych i czymkolwiek zainfekowanych, bo moja odporność jest obecnie prawie zerowa. I oczywiście, gdyby działo się coś gwałtownego mam natychmiast jechać na SOR, w razie pojawienia się gorączki też, bo wtedy trzeba by podać dożylnie antybiotyki.

Profilaktycznie zapakowałam torbę do ewentualnego szpitala i… czekam co będzie dalej. W sumie nie czuję się źle i gdyby nie ta reakcja lekarki POZ na moje wyniki, chyba nawet nie podejrzewałabym, że coś może być nie tak.

Trochę jak bąbel na wodzie się czuję…

21:21, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »

"Musisz […] przemyśleć to jak zorganizować wasze wspólne życie, aby każdy mógł czuć że żyje" napisała w komentarzu pod moim poprzednim wpisem sabrina. Zastanowiłam się nad tymi słowami. Fakt, nie wystarczy tylko razem mieszkać. Trzeba razem tak współegzystować, żeby wszystkim było dobrze, żeby nikt nie czuł się stłamszony, pomijany czy zdominowany przez innych.

Lansowany dzisiaj powszechnie indywidualizm i troszczenie się głównie o siebie nie sprzyjają takim rodzinom jak nasza – wielopokoleniowym i troszczącym się o siebie nawzajem. Chociaż jest jakieś światełko – coraz częściej dostrzegana jest potrzeba wspólnych, zespołowych działań, choćby na etapie szkoły.

Bo czasem warto spojrzeć poza czubek własnego nosa.

20:37, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 października 2014

Wczoraj psychicznie licho było, do tego stopnia licho, że popłakałam sobie rzewnie i poszłam spać przed 22.

"Ciężko się żyje na bombie" – tyle wydobył ze mnie Adam. I tym razem to chyba nawet nie dotyczyło mojej choroby, ale głównie spraw rodzinnych.

Obserwuję ostatnio uważnie moich rodziców i widzę jak niepokojąco szybko oboje "pogarszają się". Zwłaszcza teraz – jesienią, gdy odpadło im krzątanie się po ogrodzie, a dni są coraz krótsze. Rodzice chcieliby tak jak kiedyś – brać się z życiem za bary, ale siły już nie te i zdrowie już nie to. Sprawy kiedyś banalnie proste zaczynają być trudne i skomplikowane. Stąd prosta droga do ich irytacji i frustracji. Echhh…

Wczoraj miałam tego jaskrawy przykład i chyba ta sytuacja stała się bezpośrednią przyczyną mojego wieczornego rozklejenia.

Mama zadzwoniła na moją komórkę. Była w domu, ale ja na piętrze, ona na parterze, dom jest duży i jeżeli nie chcemy krzyczeć do siebie zdarza nam się porozumiewać tą drogą.

Tragicznie zbolałym głosem, prawie płacząc poprosiła "Justynka, musisz mi pomóc, nie mogę…" – po jej głosie i tych słowach oczami wyobraźni widziałam już jakąś tragedię w rodzaju: nie może wstać – może udar, wylew, coś z kręgosłupem, a może coś się stało tacie… Czyli horror i czarne wizje. Krzyknęłam "co się stało?" i w odpowiedzi usłyszałam: "nie mogę wysłać maila". Q…!!! Q…!!! Q…!!! Oj, szpetnie przeklęłam, ale chyba się nie dziwicie. Przeraziłam się śmiertelnie, a tu chodziło po prostu o maila! Opieprzyłam rodzicielkę solidnie, bo naprawdę się zdenerwowałam.

I kolejny raz musiałyśmy porozmawiać o tym, że są sprawy ważne i mniej ważne, i że pewne formy porozumiewania się powinny być zarezerwowane dla sytuacji naprawdę awaryjnych. Przerażający jest dla mnie ten brak zachowania proporcji ważności spraw, a oboje rodzice tak mają, niestety. I chyba im są starsi, tym bardziej to się nasila – przykładowo złamany kwiatek potrafi być taką samą tragedią jak złamana noga. :-(

"Co nas jeszcze czeka?" – tyle odpowiedział Adam na moje wczorajsze rozklejenie. I to też tym razem nie dotyczyło raczej mojej choroby, ale spraw rodzinnych. 

23:08, ju-sty-na
Link Komentarze (8) »

– Kiedy przyjdzie ta Salomea? – zapytała moja mama.

– Kto? – to zdziwiona ja.

– No Salomea, od stópek.

– Mamo, ale ona ma na imię Sandra, będzie jutro.

–Nie szkodzi, Salomea lepiej pasuje.

;-)))

Chwilę trwało zanim skojarzyłam o kogo chodziło. O Sandrę – kosmetyczkę, która przyjeżdża do nas do domu. Taki obwoźny salon kosmetyczny – robi manicure, pedicure, depilację i drobne zabiegi kosmetyczne. "Salomea" właśnie u nas jest. Ja już jestem obsłużona, a teraz upiększa mamę.

Kiedyś bardzo rozśmieszyło mnie określenie mojej teściowej, która na kobitkę sprzedającą wiejskie jajka mówiła "Zosia od jaj". No to teraz mamy Salomeę od stópek. :-)))

20:47, ju-sty-na
Link Komentarze (3) »
niedziela, 19 października 2014

Chciałam iść szybciej spać, ale trafiłam na ten reportaż. Czytałam już o niej wcześniej, ale czytać a obejrzeć i posłuchać to zupełnie coś innego. Aneta, jesteś wielka!

23:45, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »

Już wydobrzałam po ubiegłopiątkowym Mitoksantronie. Oprócz tego, że przez kilka dni mdliło mnie i byłam bardzo słaba i senna, właściwie nic innego się nie działo. Z włosami też na razie w porządku.

A pozytywne efekty? Chyba jeszcze za wcześnie o nich mówić, chociaż… może to tylko sugestia lub zbieg okoliczności, ale zauważyłam, że od kilku dni właściwie nie bolą mnie stawy – a ich bolesność to jeden z moich stałych chorobowych objawów. Hmm…, będę obserwować.

Jutro czeka mnie pracowity dzień. Siedmioletni syn pracowniczki mojego męża trafił do szpitala z zapaleniem płuc, więc muszę przejąć kilka jej zadań. Dlatego dziś żadnego siedzenia do nocy.

21:34, ju-sty-na
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 13 października 2014

A macie jeszcze coś dla uśmiechu:

21:49, ju-sty-na
Link Komentarze (1) »

Jednak Mitoksantron to nie woda. Oj czuję to, czuję.

Jem, bo trzeba, ale ochoty za bardzo nie mam. Mdli mnie, chociaż już chyba nie tak jak w poprzednich dniach. Poza tym jestem słaba i tylko bym spała, np. dzisiaj w sumie 4 godziny w ciągu dnia, więc dnia nie za wiele zostało. Aaa... i jeszcze jestem rozkojarzona – trudno mi się na czymś dłużej skupić. Wybaczcie tak dokładne opisy mojego samopoczucia, ale robię to dla własnej pamięci – może się przydać w kontaktach z lekarzami.

Chyba nic mądrego dziś z siebie nie wykrzesam – znikam więc z blogowiska i wracam do rekonwalescencji. Bye!

21:43, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »