RSS
sobota, 27 grudnia 2014

Joe Cocker, Krzysztof Krauze, Stanisław Barańczak – każdego trochę znałam. Nie osobiście, ale przez to, co robili – muzykę, filmy, wiersze i tłumaczenia. Są i będą inni – muzycy, reżyserzy, poeci i tłumacze. Ale Ci, którzy odeszli w te święta czy tuż przed świętami byli MOI. Innym trudno będzie Ich zastąpić. Przynajmniej dla mnie.

23:42, ju-sty-na
Link Komentarze (1) »

Smutno. Niedawno czytałam o Krystianie – nastolatku z mojego miasta – walczącym dzielnie z rakiem. A przed chwilą przeczytałam to. Smutno, bardzo.

23:17, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »
piątek, 26 grudnia 2014

Jeszcze uzupełnienie do wczorajszego wpisu:

Pod wieczór zaczął padać śnieg, chociaż nic na to wcześniej nie wskazywało. Gdy nasi drudzy goście – Krzysiu i Małgosia – wychodzili, musieli już odśnieżać samochód. Miotełkę pożyczali od nas, bo nie byli przygotowani na taką gwałtowną zmianę pory roku.

A dzisiaj mamy za oknem bajkowy krajobraz – śnieg na ulicach się stopił, a na drzewach, iglakach i trawie została cieniutka pierzynka. Do tego piękne słońce – fantastycznie to wygląda.

15:02, ju-sty-na
Link Komentarze (1) »
czwartek, 25 grudnia 2014

Ha, widzę, że filmik z poprzedniej notki jest już niedostępny ze względu na prawa autorskie – cóż, prawo trzeba uszanować.

Pierwszy dzień świąt zapowiadał się spokojnie. Długo pospaliśmy, potem późne rodzinne śniadanie, a potem… zadzwonił domofon. Słuchawkę podniósł Adam i skonsternowany oświadczył: "poczta???".

Zdziwienie pełne, ale różne rzeczy się zdarzają, więc może faktycznie listonosz nie zdążył z czymś przed świętami…

A po chwili w drzwiach stanęli: moja siostra, szwagier i siostrzeniec, którzy mieszkają w Getyndze i tam mieli spędzić święta. Szok i niedowierzanie. I wielka radość oczywiście. :-))

Okazało się, że do tego szalonego przyjazdu namówiła ich siostra szwagra. Składając im rano w wigilię życzenia  rzuciła, że może powinni wykorzystać to, że drogi dobre, bo zimy nie ma i przyjechać do niej na wigilijną wieczerzę. Wstrzeliła się idealnie w ich nastroje po wyjeździe Magdy do Ekwadoru. Po krótkiej rodzinnej naradzie spakowali się, wsiedli w samochód i o siedemnastej byli już u rodziny szwagra. Przyjechali do Polski w tajemnicy przed resztą rodziny, wczoraj składali nam życzenia niby z Getyngi, a dzisiaj… po prostu weszli. :-)) Ale numer!

Przyjechali na zaledwie kilka godzin, na noc pojechali z powrotem do rodziny szwagra, a jutro wracają już do Niemiec.

Wzruszenie i przeżycia wielkie, do tego Magda przez skype z Ekwadoru. :-))

Gościliśmy się tak w najlepsze, kiedy ponownie zadzwonił domofon. Okazało się, że to kolejny niespodziewany gość – swojego ojca chrzestnego, czyli mojego Tatę, przyjechał odwiedzić Krzysiu – mieszkający na co dzień… w Kanadzie!!! Kolejna seria okrzyków niedowierzania, bo Krzysiek bywa w Polsce z reguły latem i zawsze ze swoimi rodzicami. Tym razem przyjechał sam – do dziewczyny, którą zresztą przywiózł, żeby ją przedstawić, a raczej to ona jego przywiozła, bo tym razem Krzyś nie dysponuje w Polsce samochodem. :-)) Fajna dziewczyna, życzę im szczęścia.

Takie dwie niespodzianki jednego dnia! Jeszcze teraz kręcę głową z niedowierzaniem. I to wszystko w tajemnicy i przez zaskoczenie. Tyle radości. :-))

23:46, ju-sty-na
Link Komentarze (2) »
wtorek, 23 grudnia 2014

Koleżanka nam to podesłała. Na szczęście nasze zwierzęta aż tak… "aktywne" nie są. Polecam oglądać z włączonym dźwiękiem. :-)))

23:33, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »

"To może się udać" – taka myśl przeszła mi przez głowę kilka dni po podaniu pierwszej dawki Mitoksantronu – cytostatyku, czyli prościej mówiąc chemii.

Dużo osób jest zaskoczonych, że właśnie chemią, kojarzoną przede wszystkim z leczeniem onkologicznym, lekarze próbują wpływać na stwardnienie rozsiane. Tak, tak, nie leczyć, ale właśnie wpływać – by spowolnić rozwój choroby, zmniejszyć jej agresywność, polepszyć komfort życia itd. Bo póki co stwardnienia rozsianego u wszystkich chorych i na zawsze nie można wyleczyć. I pewnie Nagrodę Nobla dostanie ktoś, kto znajdzie JEDNOZNACZNĄ przyczynę tej choroby, a kolejnego Nobla ten, kto znajdzie LEK skuteczny dla WSZYSTKICH chorych na SM.

Dwa i pół miesiąca po pierwszym Mitoksantronie,  po zawirowaniach z obrazem krwi, okresie ogólnej słabości, strachu o siebie i mój układ odpornościowy, osłabieniu  i wypadaniu włosów (na razie skończyło się podcięciem i zmianą fryzury), coraz częściej pojawia się ta myśl: "To może się udać".

Bo czuję się nieźle. Na pewno mam więcej siły i energii, mniejsze bóle i sprawniej się poruszam. To naprawdę dużo. Wiedzą o tym ci, którzy doświadczają podobnego typu niemocy. Oczywiście nie wiem, czy poprawa będzie długotrwała ani czy jeszcze coś się poprawi, ale pojawiająca się coraz częściej myśl, że to może się udać daje mi fajny życiowy napęd.

Z okazji Świąt mam jedno życzenie: "Niech się uda!"

Wszystkim, którzy tutaj zaglądają życzę podobnie:

Niech Wam się uda wszystko, na czym Wam najbardziej zależy.

23:23, ju-sty-na
Link Komentarze (2) »
czwartek, 11 grudnia 2014

Pokonało mnie. Od przedwczoraj łóżko jest moim najlepszym przyjacielem – przesypiam całe dnie, z przerwami na psikanie, smarkanie i kaszel. :-(( Lekarka mnie osłuchała – na szczęście oskrzela i płuca czyste. Mimo to przepisała antybiotyk – bo pacjentka podwyższonego ryzyka. Więc od wczoraj karnie biorę.

Usiadłam na chwilę do komputera, żeby sprawdzić co w świecie słychać i poczytać maile. Widzę jakieś nowe komentarze na blogu, ale nawet nie mam siły odpowiedzieć, sorry.

Czytelnicy kochani, uciekam do wyrka, a Wy nie dajcie się żadnym wirusom, bakcylom i innym zdradliwym bestiom.

11:37, ju-sty-na
Link Komentarze (1) »
sobota, 06 grudnia 2014

"Chcesz mieć nudne mieszkanie? Wprowadź kolor szary" – czytam na głównej stronie jednego z internetowych portali.

Zaraz. zaraz… coś tu nie gra.

Czytam jeszcze raz: "Chcesz mieć MODNE mieszkanie? Wprowadź kolor szary".

Jedno słowo, a jaka różnica. A za chwilę przyjdzie nowa moda i to pierwsze zdanie stanie się prawdziwe.

Moja Babcia – przedwojenna krawcowa – zawsze powtarzała, że moda wraca i odchodzi. Im dłużej żyję, tym bardziej przekonuję się, że miała rację. :-)

00:40, ju-sty-na
Link Komentarze (4) »
piątek, 05 grudnia 2014

W obliczu tego, co zafundowała nam Magda, ślub chrześniaczki Adama zszedł na drugi plan.

A to też jutro.

Ola to fajna dziewczyna, niestety DDA, czyli Dorosłe Dziecko Alkoholika. Na szczęście jej mama była na tyle rozsądna, by nie związać się z jej ojcem na stałe. A i tak namieszał w życiu córki, na przykład odbierając ją pijany z przedszkola. O regularnym płaceniu alimentów też nie pamiętał.

Życzę Oli wszystkiego najlepszego, tym bardziej, że niedługo zostanie mamą. :-)

23:54, ju-sty-na
Link Komentarze (1) »

Moja siostrzenica wylatuje jutro do Ekwadoru – na długo, może nawet na zawsze. Magda ma 28 lat, zapewnioną tam pracę i chłopaka. I desperację, od której nikt nie może jej odwieść.

Wszystko miało swój początek jakieś trzy lata temu. Magda, która razem z rodziną, czyli z moją siostrą, szwagrem i siostrzeńcem mieszka na stałe w Niemczech, studiowała wtedy organizację turystyki i pracowała równocześnie w biurze podróży. Żeby napisać pracę dyplomową miała na jeden semestr wyjechać za granicę – by pisać o danym kraju i na miejscu zbierać materiały: w ramach studenckiej wymiany mieszkać u prywatnych ludzi i pracować w miejscowych biurach podróży. W sumie fajny pomysł. Ja – naiwna ciotka – myślałam, że ponieważ uczy się hiszpańskiego wyjedzie do Hiszpanii, ewentualnie na którąś z hiszpańskich wysp, np. Majorkę czy Minorkę. A Magda wystrzeliła – GALAPAGOS.

:-000

What???

No właśnie. Wtedy o Galapagos wiedziałam tyle, że to wyspy gdzieś w okolicach Ameryki Południowej i że żyją tam wielkie żółwie. Nawet nie wiedziałam, że to wyspowa część Ekwadoru.

Uff…

Magda tam rzeczywiście wyjechała. Początkowo mieszkała u sympatycznej rodziny rybaków, pracowała, zbierała materiały do pracy, a po trzech miesiącach przeniosła się do kontynentalnej części Ekwadoru, by tam kontynuować zbieranie materiałów. Tam poznała chłopaka, który zawrócił jej w głowie i zaczęła przebąkiwać o Ekwadorze jako docelowym miejscu do życia. Szok! Wiele godzin na skypie, mailowych i telefonicznych rozmów… Summa summarum Magda wróciła do domu, by skończyć studia, a chłopak – też student – przyjechał za nią, by spróbować żyć i studiować w Niemczech. Był w Europie chyba z pół roku, ale koszty utrzymania go pokonały, zima zresztą też. Ich związek rozpadł się po jakimś czasie i siostra już zacierała ręce, że niebezpieczeństwo zażegnane. Tymczasem Magda związała się z kolejnym chłopakiem stamtąd, po drodze były jakieś ich spotkania w Stanach, w Kaliforni… Sorry, ale nie nadążam… Nie znam szczegółów.

A finał?

Magda znalazła pracę w jakiejś instytucji rządowej w Ekwadorze zajmującej się promocją turystyki i postanowiła zamieszkać z Marcelem – tak ma na imię jej aktualny chłopak. No i jutro wylatuje.

Przeżywamy bardzo, bo to wszystko jakoś "nie po naszemu". My jesteśmy rodzinni, związani ze sobą emocjonalnie, jak jakąś niewidoczną nicią. Jeszcze Europa to pół biedy, ale druga półkula? Tam leci się 18 godzin!

Nasza mała Madzia! Co ją tam czeka? Jak sobie poradzi?

Magda przyjechała z moją siostrą i szwagrem pożegnać się z dziadkami i z nami przed swoim wojażem. Wtedy jeszcze nie było nam tak smutno jak teraz, bo miała wylatywać do Ekwadoru za miesiąc. Wydawało się, że to jeszcze kawał czasu. A to już jutro…

Nikt nie był w stanie wpłynąć na jej decyzję. To już dorosła kobieta.

My z Adamem podarowaliśmy jej taką broszkę-zawieszkę z bursztynem:

Może ją ze sobą zabierze i patrząc na nią wspomni nas.

Bardzo przeżywamy i jest nam bardzo smutno. O dziadkach nie wspomnę…

23:31, ju-sty-na
Link Komentarze (1) »