RSS
niedziela, 11 stycznia 2015

... ale nie króliczkiem Playboy'a, tylko królikiem doświadczalnym. ;-)

A było to tak:

Zadzwonili do mnie znajomi rehabilitanci z pytaniem, czy nie zgodziłabym się na rolę "przypadku medycznego" podczas szkolenia dla fizjoterapeutów z metody pnf. Metoda fajna, już wiele razy pnfem ze mną pracowano, więc czemu nie, a że termin mi pasował, zgodziłam się.

No i wczoraj byłam króliczkiem – służyłam instruktorce do demonstrowania na mnie ćwiczeń i techniki ich wykonywania. A to wszystko w powiązaniu z konkretnym przypadkiem choroby i aktualnym stanem chorego. To mi się w pnf podoba, że do każdego pacjenta trzeba podejść indywidualnie, zaś chory musi w ćwiczeniach czynnie uczestniczyć. Tylko wtedy ta metoda ma sens.

Specjalistów od pnf nadal nie ma w Polsce zbyt wielu, a że jest to metoda czasochłonna i wymagająca ścisłej współpracy obu stron – rehabilitanta i chorego, to w darmowym pakiecie usług oferowanych przez NFZ raczej pnf nie znajdziemy. :-((

Tak więc moje wczorajsze bycie króliczkiem to zysk dla obu stron – ja mogłam za darmo poćwiczyć, zresztą z bardzo dobrą instruktorką, a kursantki (były same panie) miały przypadek medyczny prosto z życia.

Na marginesie – praca fizjoterapeuty bywa bardzo ciężka fizycznie, a wykonują ją w przeważającej liczbie kobiety. Przykładem choćby to szkolenie.

Hmmm… "Gdzie ci mężczyźni?…"

15:21, ju-sty-na
Link Komentarze (2) »
środa, 07 stycznia 2015

Znajomi mojego znajomego spędzali z nim i z jego żoną poprzedniego Sylwestra. Gdy zaczęto rozmawiać o noworocznych postanowieniach, przyznali się, że chcieliby rzucić palenie – oboje, a palili każde z nich paczkę dziennie. Znajomy to podchwycił i wymyślił coś dla nich: zaspawał jakąś puszkę i wyciął szczelinę w wieczku – powstała skarbonka, która miała im towarzyszyć przez rok. Umowa była taka: starają się nie palić, a pieniądze których NIE WYDALI na papierosy wrzucają uczciwie do puszki. Po roku, czyli w Sylwestra 2014, puszka miała zostać komisyjnie otwarta, a zaoszczędzone pieniądze przeliczone.

Rzeczywiście tak się stało. Znajomi znajomego pojawili się na sylwestrowej imprezie z puszką, którą otwarto i przeliczono jej zawartość. W puszce było prawie … 7600 zł!!!

Aż się wierzyć nie chce, ale faktycznie: 21 złotych dziennie przeznaczanych na papierosy daje w roku takie oszczędności.

Na koniec znajomy użył przewrotnej psychologicznej zagrywki. Podał koledze-byłemu palaczowi zapalniczkę i wskazując na zawartość skarbonki rzucił: "zapalisz?" ;-))

……

22:48, ju-sty-na
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 05 stycznia 2015

W grudniu 1998 roku stałam się szczęśliwą posiadaczką cudu koreańskiej motoryzacji – srebrnego Daewoo Tico. :-)) Wow, to był wypas! Przesiadłam się do niego z kilkunastoletniego Trabanta, który miał być nasz maksymalnie na rok, a jeździliśmy nim siedem lat. W Tico nie zamarzały od wewnątrz szyby, było dosyć ciepło, palił niewiele, miał nawet 4 głośniki. Ho, ho, ho… Same plusy. ;-))

 Jego pakowność czy wręcz ładowność była naprawdę wielka. Przewiozłam nim np. ponad pół tony papieru na palecie, szafę odzieżową w klepkach i niezliczoną ilość pomniejszych bagaży. Jako samochód transportowy sprawdzał się świetnie.

W codziennym użytku też był fajny, bo mały, zwrotny i zrywny, więc po mieście bardzo okey. Gorzej na trasie, bo jak się za bardzo uruchomiło wyobraźnię i myślało, co może z niego zostać w razie wypadku, to człowiek od razu zwalniał. :-(( Mówiłam o nim, że to samochód do jazdy bezdotykowej. Nawet banalne stłuczki czy przytarcia kończyły się widocznymi uszkodzeniami.

Jeździłam moim "srebrnym szerszeniem" przez 10 lat, potem jeszcze rok służył nam w firmie. Jedenastolatka sprzedaliśmy znajomym, którzy wybudowali się poza miastem i potrzebowali jakiegoś pojazdu dla synów, żeby ci w razie potrzeby mieli coś do dyspozycji Tico miało tę przewagę nad innymi pomysłami, typu rower czy motor, że miało dach i było wieloosobowe. ;-))

Już u znajomych Tico przeżył lawinę – na niego i na ich Toyotę zsunęły się zwały śniegu z dachu domu. Toyotę trzeba było klepać i wymieniać popękaną przednią szybę, a do Tico wystarczyło wsiąść i pięścią uformować wygięty ciężkim śniegiem dach. ;-)))

Potem Tico miał jeszcze jednych właścicieli – znajomi podarowali go przyjaciołom z drugiego końca Polski – niezbyt bogatym i wielodzietnym. Służył im jeszcze trzy lata. Wreszcie dokonał żywota – złamało się coś w układzie kierowniczym i naprawa byłaby droższa niż wartość samochodu. Trafił więc na schrott, ale wcale nie za darmo – ostatni właściciele dostali za niego jeszcze 300 złotych! :-))

Byli dzisiaj u nas znajomi, którym sprzedaliśmy Tico i opowiedzieli nam jego dalszą historię. Fajna i sympatyczna – po drodze żadnych dużych katastrof czy wypadków i zadowolenie właściwie wszystkich użytkowników.

Barwne życie miał mój Tico. :-))

23:46, ju-sty-na
Link Komentarze (3) »
niedziela, 04 stycznia 2015

Wczoraj po południu szykowaliśmy się z Adamem na wizytę znajomych. Umówiliśmy się na 17-17.30. Mieli przyjechać autobusem, żeby nikt nie musiał rezygnować z mocniejszych trunków. Sprawdziłam rozkład jazdy i dzięki temu wiedziałam, że będą u nas o 17 lub dwadzieścia po.

Każde z nas zajmowało się swoją "działką". Ja powyciągałam z szaf bardziej gościnne zastawy i szykowałam w kuchni półmiski z jedzonkiem, a Adam zastawił stół i obierał pomelo – ma rodzinny monopol na obieranie różnych owoców, nikt nie robi tego tak dobrze jak on. ;-))

Za dziesięć piąta zerknęłam, jak idzie Adamowi i jęknęłam. Mój mąż siedział przy stole rozebrany "do rosołu" – tylko w podkoszulce i bokserkach – i walczył z soczystym pomelo.

Na moje nerwowe pytanie, co będzie, jeśli goście przyjadą autobusem o 17, luzacko oświadczył, że niebawem skończy, a ubieranie zajmie mu "nawet nie 10 minut".

Yyy…!!! To się nazywa siła spokoju!

I słuchajcie – zdążył! Znajomi przyjechali na szczęście dopiero następnym autobusem, ale o 17,00 Adam był wyszykowany, wypachniony, silny, zwarty i gotowy do roli gościnnego gospodarza. :-))

Uff… Powinnam się już do tego przyzwyczaić, że mój mąż zaaawsze zdąży. Taki charakter – odziedziczył tę fajną cechę po swoim Tacie. Mój nieżyjący już Teść swoim spokojem doprowadzał moją Teściową do furii. Bo w naszej rodzinie kobiety są "w gorącej wodzie kąpane" – i Teściowa, i ja, i moja Mama zresztą też, a mężczyźni to równoważą – swoją siłą spokoju. :-))

22:45, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »
środa, 31 grudnia 2014

"Mamy tedy rok 1879." – to cytat z "Lalki" Prusa, a konkretnie fragment Pamiętnika starego subiekta, czyli Ignacego Rzeckiego. Szczególnie uporczywie chodzi mi dziś  to zdanie po głowie, bo za kilka godzin przywitamy kolejny Nowy Rok – już 136 od tej daty – NASZ Nowy Rok 2015.

Chcielibyśmy, żeby był jak najlepszy, jak najradośniejszy, jak najzdrowszy, po prostu wymarzony –  takiego Nowego 2015 Roku sobie, mojej rodzinie i Wam wszystkim życzę.

17:06, ju-sty-na
Link Komentarze (3) »
niedziela, 28 grudnia 2014

O, jak dobrze, że na świąteczną kaczkę umówiliśmy się z moją Teściową dopiero na sobotę. Jakoś w piątek, mimo święta, jedzenie kaczki nam nie pasowało - jednak to danie niezbyt postne. ;-))

Dzięki temu odpoczęliśmy po niesamowitym pierwszym święcie i po zaproszonym na drugi dzień świąt, a nie widzianym od ponad 20 lat znajomym rodziców. Cechą, którą rozwinął po mistrzowsku przez te lata było gadulstwo, więc wymęczył wczoraj rodziców niesamowicie. :-)) Uff…

Dzisiejszy obiad spoko. Kaczka super, atmosfera spotkania też. A jutro już niedziela i pora wracać do codzienności.

Święta, święta i po świętach! ;-))

00:00, ju-sty-na
Link Komentarze (1) »
sobota, 27 grudnia 2014

Joe Cocker, Krzysztof Krauze, Stanisław Barańczak – każdego trochę znałam. Nie osobiście, ale przez to, co robili – muzykę, filmy, wiersze i tłumaczenia. Są i będą inni – muzycy, reżyserzy, poeci i tłumacze. Ale Ci, którzy odeszli w te święta czy tuż przed świętami byli MOI. Innym trudno będzie Ich zastąpić. Przynajmniej dla mnie.

23:42, ju-sty-na
Link Komentarze (1) »

Smutno. Niedawno czytałam o Krystianie – nastolatku z mojego miasta – walczącym dzielnie z rakiem. A przed chwilą przeczytałam to. Smutno, bardzo.

23:17, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »
piątek, 26 grudnia 2014

Jeszcze uzupełnienie do wczorajszego wpisu:

Pod wieczór zaczął padać śnieg, chociaż nic na to wcześniej nie wskazywało. Gdy nasi drudzy goście – Krzysiu i Małgosia – wychodzili, musieli już odśnieżać samochód. Miotełkę pożyczali od nas, bo nie byli przygotowani na taką gwałtowną zmianę pory roku.

A dzisiaj mamy za oknem bajkowy krajobraz – śnieg na ulicach się stopił, a na drzewach, iglakach i trawie została cieniutka pierzynka. Do tego piękne słońce – fantastycznie to wygląda.

15:02, ju-sty-na
Link Komentarze (1) »
czwartek, 25 grudnia 2014

Ha, widzę, że filmik z poprzedniej notki jest już niedostępny ze względu na prawa autorskie – cóż, prawo trzeba uszanować.

Pierwszy dzień świąt zapowiadał się spokojnie. Długo pospaliśmy, potem późne rodzinne śniadanie, a potem… zadzwonił domofon. Słuchawkę podniósł Adam i skonsternowany oświadczył: "poczta???".

Zdziwienie pełne, ale różne rzeczy się zdarzają, więc może faktycznie listonosz nie zdążył z czymś przed świętami…

A po chwili w drzwiach stanęli: moja siostra, szwagier i siostrzeniec, którzy mieszkają w Getyndze i tam mieli spędzić święta. Szok i niedowierzanie. I wielka radość oczywiście. :-))

Okazało się, że do tego szalonego przyjazdu namówiła ich siostra szwagra. Składając im rano w wigilię życzenia  rzuciła, że może powinni wykorzystać to, że drogi dobre, bo zimy nie ma i przyjechać do niej na wigilijną wieczerzę. Wstrzeliła się idealnie w ich nastroje po wyjeździe Magdy do Ekwadoru. Po krótkiej rodzinnej naradzie spakowali się, wsiedli w samochód i o siedemnastej byli już u rodziny szwagra. Przyjechali do Polski w tajemnicy przed resztą rodziny, wczoraj składali nam życzenia niby z Getyngi, a dzisiaj… po prostu weszli. :-)) Ale numer!

Przyjechali na zaledwie kilka godzin, na noc pojechali z powrotem do rodziny szwagra, a jutro wracają już do Niemiec.

Wzruszenie i przeżycia wielkie, do tego Magda przez skype z Ekwadoru. :-))

Gościliśmy się tak w najlepsze, kiedy ponownie zadzwonił domofon. Okazało się, że to kolejny niespodziewany gość – swojego ojca chrzestnego, czyli mojego Tatę, przyjechał odwiedzić Krzysiu – mieszkający na co dzień… w Kanadzie!!! Kolejna seria okrzyków niedowierzania, bo Krzysiek bywa w Polsce z reguły latem i zawsze ze swoimi rodzicami. Tym razem przyjechał sam – do dziewczyny, którą zresztą przywiózł, żeby ją przedstawić, a raczej to ona jego przywiozła, bo tym razem Krzyś nie dysponuje w Polsce samochodem. :-)) Fajna dziewczyna, życzę im szczęścia.

Takie dwie niespodzianki jednego dnia! Jeszcze teraz kręcę głową z niedowierzaniem. I to wszystko w tajemnicy i przez zaskoczenie. Tyle radości. :-))

23:46, ju-sty-na
Link Komentarze (2) »