RSS
poniedziałek, 05 stycznia 2015

W grudniu 1998 roku stałam się szczęśliwą posiadaczką cudu koreańskiej motoryzacji – srebrnego Daewoo Tico. :-)) Wow, to był wypas! Przesiadłam się do niego z kilkunastoletniego Trabanta, który miał być nasz maksymalnie na rok, a jeździliśmy nim siedem lat. W Tico nie zamarzały od wewnątrz szyby, było dosyć ciepło, palił niewiele, miał nawet 4 głośniki. Ho, ho, ho… Same plusy. ;-))

 Jego pakowność czy wręcz ładowność była naprawdę wielka. Przewiozłam nim np. ponad pół tony papieru na palecie, szafę odzieżową w klepkach i niezliczoną ilość pomniejszych bagaży. Jako samochód transportowy sprawdzał się świetnie.

W codziennym użytku też był fajny, bo mały, zwrotny i zrywny, więc po mieście bardzo okey. Gorzej na trasie, bo jak się za bardzo uruchomiło wyobraźnię i myślało, co może z niego zostać w razie wypadku, to człowiek od razu zwalniał. :-(( Mówiłam o nim, że to samochód do jazdy bezdotykowej. Nawet banalne stłuczki czy przytarcia kończyły się widocznymi uszkodzeniami.

Jeździłam moim "srebrnym szerszeniem" przez 10 lat, potem jeszcze rok służył nam w firmie. Jedenastolatka sprzedaliśmy znajomym, którzy wybudowali się poza miastem i potrzebowali jakiegoś pojazdu dla synów, żeby ci w razie potrzeby mieli coś do dyspozycji Tico miało tę przewagę nad innymi pomysłami, typu rower czy motor, że miało dach i było wieloosobowe. ;-))

Już u znajomych Tico przeżył lawinę – na niego i na ich Toyotę zsunęły się zwały śniegu z dachu domu. Toyotę trzeba było klepać i wymieniać popękaną przednią szybę, a do Tico wystarczyło wsiąść i pięścią uformować wygięty ciężkim śniegiem dach. ;-)))

Potem Tico miał jeszcze jednych właścicieli – znajomi podarowali go przyjaciołom z drugiego końca Polski – niezbyt bogatym i wielodzietnym. Służył im jeszcze trzy lata. Wreszcie dokonał żywota – złamało się coś w układzie kierowniczym i naprawa byłaby droższa niż wartość samochodu. Trafił więc na schrott, ale wcale nie za darmo – ostatni właściciele dostali za niego jeszcze 300 złotych! :-))

Byli dzisiaj u nas znajomi, którym sprzedaliśmy Tico i opowiedzieli nam jego dalszą historię. Fajna i sympatyczna – po drodze żadnych dużych katastrof czy wypadków i zadowolenie właściwie wszystkich użytkowników.

Barwne życie miał mój Tico. :-))

23:46, ju-sty-na
Link Komentarze (3) »
niedziela, 04 stycznia 2015

Wczoraj po południu szykowaliśmy się z Adamem na wizytę znajomych. Umówiliśmy się na 17-17.30. Mieli przyjechać autobusem, żeby nikt nie musiał rezygnować z mocniejszych trunków. Sprawdziłam rozkład jazdy i dzięki temu wiedziałam, że będą u nas o 17 lub dwadzieścia po.

Każde z nas zajmowało się swoją "działką". Ja powyciągałam z szaf bardziej gościnne zastawy i szykowałam w kuchni półmiski z jedzonkiem, a Adam zastawił stół i obierał pomelo – ma rodzinny monopol na obieranie różnych owoców, nikt nie robi tego tak dobrze jak on. ;-))

Za dziesięć piąta zerknęłam, jak idzie Adamowi i jęknęłam. Mój mąż siedział przy stole rozebrany "do rosołu" – tylko w podkoszulce i bokserkach – i walczył z soczystym pomelo.

Na moje nerwowe pytanie, co będzie, jeśli goście przyjadą autobusem o 17, luzacko oświadczył, że niebawem skończy, a ubieranie zajmie mu "nawet nie 10 minut".

Yyy…!!! To się nazywa siła spokoju!

I słuchajcie – zdążył! Znajomi przyjechali na szczęście dopiero następnym autobusem, ale o 17,00 Adam był wyszykowany, wypachniony, silny, zwarty i gotowy do roli gościnnego gospodarza. :-))

Uff… Powinnam się już do tego przyzwyczaić, że mój mąż zaaawsze zdąży. Taki charakter – odziedziczył tę fajną cechę po swoim Tacie. Mój nieżyjący już Teść swoim spokojem doprowadzał moją Teściową do furii. Bo w naszej rodzinie kobiety są "w gorącej wodzie kąpane" – i Teściowa, i ja, i moja Mama zresztą też, a mężczyźni to równoważą – swoją siłą spokoju. :-))

22:45, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »
środa, 31 grudnia 2014

"Mamy tedy rok 1879." – to cytat z "Lalki" Prusa, a konkretnie fragment Pamiętnika starego subiekta, czyli Ignacego Rzeckiego. Szczególnie uporczywie chodzi mi dziś  to zdanie po głowie, bo za kilka godzin przywitamy kolejny Nowy Rok – już 136 od tej daty – NASZ Nowy Rok 2015.

Chcielibyśmy, żeby był jak najlepszy, jak najradośniejszy, jak najzdrowszy, po prostu wymarzony –  takiego Nowego 2015 Roku sobie, mojej rodzinie i Wam wszystkim życzę.

17:06, ju-sty-na
Link Komentarze (3) »
niedziela, 28 grudnia 2014

O, jak dobrze, że na świąteczną kaczkę umówiliśmy się z moją Teściową dopiero na sobotę. Jakoś w piątek, mimo święta, jedzenie kaczki nam nie pasowało - jednak to danie niezbyt postne. ;-))

Dzięki temu odpoczęliśmy po niesamowitym pierwszym święcie i po zaproszonym na drugi dzień świąt, a nie widzianym od ponad 20 lat znajomym rodziców. Cechą, którą rozwinął po mistrzowsku przez te lata było gadulstwo, więc wymęczył wczoraj rodziców niesamowicie. :-)) Uff…

Dzisiejszy obiad spoko. Kaczka super, atmosfera spotkania też. A jutro już niedziela i pora wracać do codzienności.

Święta, święta i po świętach! ;-))

00:00, ju-sty-na
Link Komentarze (1) »
sobota, 27 grudnia 2014

Joe Cocker, Krzysztof Krauze, Stanisław Barańczak – każdego trochę znałam. Nie osobiście, ale przez to, co robili – muzykę, filmy, wiersze i tłumaczenia. Są i będą inni – muzycy, reżyserzy, poeci i tłumacze. Ale Ci, którzy odeszli w te święta czy tuż przed świętami byli MOI. Innym trudno będzie Ich zastąpić. Przynajmniej dla mnie.

23:42, ju-sty-na
Link Komentarze (1) »

Smutno. Niedawno czytałam o Krystianie – nastolatku z mojego miasta – walczącym dzielnie z rakiem. A przed chwilą przeczytałam to. Smutno, bardzo.

23:17, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »
piątek, 26 grudnia 2014

Jeszcze uzupełnienie do wczorajszego wpisu:

Pod wieczór zaczął padać śnieg, chociaż nic na to wcześniej nie wskazywało. Gdy nasi drudzy goście – Krzysiu i Małgosia – wychodzili, musieli już odśnieżać samochód. Miotełkę pożyczali od nas, bo nie byli przygotowani na taką gwałtowną zmianę pory roku.

A dzisiaj mamy za oknem bajkowy krajobraz – śnieg na ulicach się stopił, a na drzewach, iglakach i trawie została cieniutka pierzynka. Do tego piękne słońce – fantastycznie to wygląda.

15:02, ju-sty-na
Link Komentarze (1) »
czwartek, 25 grudnia 2014

Ha, widzę, że filmik z poprzedniej notki jest już niedostępny ze względu na prawa autorskie – cóż, prawo trzeba uszanować.

Pierwszy dzień świąt zapowiadał się spokojnie. Długo pospaliśmy, potem późne rodzinne śniadanie, a potem… zadzwonił domofon. Słuchawkę podniósł Adam i skonsternowany oświadczył: "poczta???".

Zdziwienie pełne, ale różne rzeczy się zdarzają, więc może faktycznie listonosz nie zdążył z czymś przed świętami…

A po chwili w drzwiach stanęli: moja siostra, szwagier i siostrzeniec, którzy mieszkają w Getyndze i tam mieli spędzić święta. Szok i niedowierzanie. I wielka radość oczywiście. :-))

Okazało się, że do tego szalonego przyjazdu namówiła ich siostra szwagra. Składając im rano w wigilię życzenia  rzuciła, że może powinni wykorzystać to, że drogi dobre, bo zimy nie ma i przyjechać do niej na wigilijną wieczerzę. Wstrzeliła się idealnie w ich nastroje po wyjeździe Magdy do Ekwadoru. Po krótkiej rodzinnej naradzie spakowali się, wsiedli w samochód i o siedemnastej byli już u rodziny szwagra. Przyjechali do Polski w tajemnicy przed resztą rodziny, wczoraj składali nam życzenia niby z Getyngi, a dzisiaj… po prostu weszli. :-)) Ale numer!

Przyjechali na zaledwie kilka godzin, na noc pojechali z powrotem do rodziny szwagra, a jutro wracają już do Niemiec.

Wzruszenie i przeżycia wielkie, do tego Magda przez skype z Ekwadoru. :-))

Gościliśmy się tak w najlepsze, kiedy ponownie zadzwonił domofon. Okazało się, że to kolejny niespodziewany gość – swojego ojca chrzestnego, czyli mojego Tatę, przyjechał odwiedzić Krzysiu – mieszkający na co dzień… w Kanadzie!!! Kolejna seria okrzyków niedowierzania, bo Krzysiek bywa w Polsce z reguły latem i zawsze ze swoimi rodzicami. Tym razem przyjechał sam – do dziewczyny, którą zresztą przywiózł, żeby ją przedstawić, a raczej to ona jego przywiozła, bo tym razem Krzyś nie dysponuje w Polsce samochodem. :-)) Fajna dziewczyna, życzę im szczęścia.

Takie dwie niespodzianki jednego dnia! Jeszcze teraz kręcę głową z niedowierzaniem. I to wszystko w tajemnicy i przez zaskoczenie. Tyle radości. :-))

23:46, ju-sty-na
Link Komentarze (2) »
wtorek, 23 grudnia 2014

Koleżanka nam to podesłała. Na szczęście nasze zwierzęta aż tak… "aktywne" nie są. Polecam oglądać z włączonym dźwiękiem. :-)))

23:33, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »

"To może się udać" – taka myśl przeszła mi przez głowę kilka dni po podaniu pierwszej dawki Mitoksantronu – cytostatyku, czyli prościej mówiąc chemii.

Dużo osób jest zaskoczonych, że właśnie chemią, kojarzoną przede wszystkim z leczeniem onkologicznym, lekarze próbują wpływać na stwardnienie rozsiane. Tak, tak, nie leczyć, ale właśnie wpływać – by spowolnić rozwój choroby, zmniejszyć jej agresywność, polepszyć komfort życia itd. Bo póki co stwardnienia rozsianego u wszystkich chorych i na zawsze nie można wyleczyć. I pewnie Nagrodę Nobla dostanie ktoś, kto znajdzie JEDNOZNACZNĄ przyczynę tej choroby, a kolejnego Nobla ten, kto znajdzie LEK skuteczny dla WSZYSTKICH chorych na SM.

Dwa i pół miesiąca po pierwszym Mitoksantronie,  po zawirowaniach z obrazem krwi, okresie ogólnej słabości, strachu o siebie i mój układ odpornościowy, osłabieniu  i wypadaniu włosów (na razie skończyło się podcięciem i zmianą fryzury), coraz częściej pojawia się ta myśl: "To może się udać".

Bo czuję się nieźle. Na pewno mam więcej siły i energii, mniejsze bóle i sprawniej się poruszam. To naprawdę dużo. Wiedzą o tym ci, którzy doświadczają podobnego typu niemocy. Oczywiście nie wiem, czy poprawa będzie długotrwała ani czy jeszcze coś się poprawi, ale pojawiająca się coraz częściej myśl, że to może się udać daje mi fajny życiowy napęd.

Z okazji Świąt mam jedno życzenie: "Niech się uda!"

Wszystkim, którzy tutaj zaglądają życzę podobnie:

Niech Wam się uda wszystko, na czym Wam najbardziej zależy.

23:23, ju-sty-na
Link Komentarze (2) »