RSS
poniedziałek, 04 lutego 2008

... a nasz remont jeszcze trwa! Miała być tylko łazienka, ale tak się jakoś porobiło, że zrobiliśmy też kuchnię (bez mebli i urządzeń, bo kasa na to dopiero "się zarobi"), a rozważamy jeszcze tapetową lamperię przy schodach. Pomalowana na jasnoźółty kolor klatka schodowa zupełnie się nie sprawdza. Widać każde dotknięcie i przytarcie na ścianach. Coś z tym musimy zrobić. Na fachowców tym razem nie mogę powiedzieć złego słowa. Są myślący, samodzielni i dokładni. My kupiliśmy tylko to, co wymagało naszej decyzji - kafelki, fugi, baterie, "biały montaż". Resztą zakupów zajmują się sami, więc nie obchodzą nas żadne suporeksy,  kleje, cement czy gips. 

Ale ponieważ nie może być tylko dobrze, dla równowagi mamy duże zmartwienie - od półtora tygodnia szukamy jednej z naszych kotek. Obie są wysterylizowane, ale przecież "kawalerowie" o tym nie wiedzą. Dotychczas nie było problemu, bo mieszkały w bloku i okoliczni Don Juani jakoś ich nie wyczuli. A teraz - zaczęło się od kocich koncertów muzycznych, potem było kuszenie zapachem, czyli kocie "strzykanie" w okolicach drzwi, aż w końcu jedna z kotek - szylkretka TIKA - wykorzystała moment naszej nieuwagi i ... poszła za głosem natury.

Szukaliśmy, chodziliśmy po okolicy, powrzucailiśmy do skrzynek pocztowych "list gończy" ze zdjęciem. Martwimy się, bo nie ma jej już bardzo długo, właściwie nie zna okolicy, no i jest zima. Coraz mniej wierzymy, że wróci, choć iskierkę nadziei jeszcze mamy. Na naszej ulicy jest wytwórnia garmażeryjna, gdzie dokarmiają koty - może się załapała, bo to inteligentna kicia. Poza tym wczoraj u sąsiada pojawił się na podwórzu kot, który z opisu bardzo przypomina naszą TIKĘ. Wystawiamy na dwór jej miskę z jedzonkiem i ... ktoś to zjada, ale nie wiemy, czy ona.

TIKA ma cztery i pół roku. Sama nas sobie wybrała. Mały kociaczek zaczął przychodzić do naszej firmy. Dostawała wody, mleczka, kiełbaski ze śniadań naszych pracowników, aż wreszcie  "kocie żarcie" dla Juniora. Pojawiała się jak spod ziemi, gdy otwieraliśmy firmę. Potem zaczęła spać na jednym z foteli. Jesienią zabraliśmy ją w kartonie od papieru do weterynarza, bo o kotach wiedzieliśmy właściwie tyle, że ... miauczą! Jej płeć określił dopiero lekarz, bo my ... nawet nie wiedzieliśmy, jak to sprawdzić!

Została TIKĄ, bo do weterynarza pojechaliśmy moim TICO. W drodze od lekarza miała nas tak dosyć, że wyskoczyła z kartonu i nie było jej przez kolejne dwa dni. Potem zamieszkała z nami, bo noce były coraz zimniejsze, a w firmie zostawać nie mogła (alarmy!). Po jakimś czasie wzięliśmy jeszcze jedną małą kotkę, bo TIKA potrzebowała towarzystwa, a my całymi dniami byliśmy poza domem. Piszczała i miauczała tak żałośnie, że serce się krajało. Ktoś nam poradził, źe musi mieć towarzyszkę. I to się znakomicie sprawdziło. 

Przez cztery lata TIKA i pręgowana szara TAKA były nierozłączne. Od 11 dni TAKA chodzi po domu ścieżkami TIKi i żałośnie płacze. Szuka jej i po swojemu przywołuje.

TIKA - wróć do nas, bo wszyscy tęsknimy!

17:48, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 stycznia 2008

Dziś się zaczął. Na początek "ROZPIERDUCHA" (określenie naszego kafelkarza), czyli skuwanie starych kafelków, likwidacja paneli na suficie itd. Potem hydraulicy, a potem nasze piękne, nowe kafelki i nie mniej piękny "biały montaż". Podśmiewam się trochę z tego, bo na wybranie i kupienie wszystkiego przeznaczyliśmy "aż" dwie godziny. Kiedy my w końcu przestaniemy się spieszyć! Chyba po śmierci!

A tak serio - ten pęd już mnie męczy. Chciałabym wolniej, spokojniej, bardziej systematycznie i przewidywalnie. Ale jakoś mi się nie udaje.

Przecież ja powinnam się oszczędzać! A ja co - "na wariata" wybieram kafelki i decyduję się na ozdobne listwy (dekory) w palemki. Oj, niezła PALMA! Ale i tak mogło być gorzej - na piramidy i wielbłądy (na płytkach) się nie zgodziłam!

17:52, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 stycznia 2008

Wczoraj, po dwóch tygodniach pobytu w Polsce, do Getyngi wrócili moja siostra i jej rodzinka. Pusto się zrobiło! Super, źe byli i to tak długo! Na 200 metrach powierzchni w ogóle nie czuło się zagęszczenia. Kaźdy bez trudu mógł znależć dla siebie mniej lub bardziej cichy kącik. Nie byliśmy juź skazani na siedzenie "na kupie", co niestety bywało nieraz przyczyną konfliktów i spięć. Przestrzeń jest jednak ważna! No i do posiłków nie musieliśmy siadać "na raty". Przy naszym stole bez trudu mieści się kilkanaście osób!

Cieszę się, że po wielu perypetiach i bojach mamy ten rodzinny azyl, bo zdecydowanie podnosi on nam wszystkim komfort codziennego życia i funkcjonowania. Tata może wyjechać wózkiem bezpośrednio na podwórze i do ogrodu. Bez problemu i dżwigania po schodach wnosi się do domu wszelkie zakupy. Samochody mają garaże przy domu, a szwagier nie musiał stawiać swojego "wypasionego" BMW na strzeżony parking, bo postawił go na zamkniętym podwórzu i widział z okien.

Ale żeby nie było zbyt różowo - dopiero przekonujemy się, ile tak naprawdę kosztuje utrzymanie domu (Już wiemy, że niemało). No i uczymy się być prawdziwymi gospodarzami - Adam odśnieżał dziś chodnik, podwórze i dojazdy do garaży - prawie godzinę!

14:12, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »
piątek, 04 stycznia 2008

Od Nowego Roku cierpię na nową "jednostkę chorobową", która zwie się LEŃ. Objawy:

- zero mobilizacji,

- odkładanie wszystkiego na później (Przecież zdążę.) ,

- niecierpliwe czekanie na koniec tygodnia w pracy.

Konsekwencje to tonięcie w coraz większej stercie papierów i dokumentów oraz kalendarz pęczniejący od wpisywania kolejnych spraw do załatwienia.

Myślę, że w ten sposób mój organizm odreagowuje bardzo intensywnie spędzany czas świąteczno-noworoczny.

Tak więc LUZIK!!!

Tym bardziej, że od przyszłego tygodnia rusza remont naszej łazienki.

11:49, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »
środa, 02 stycznia 2008

Naprawdę! Zorganizowaliśmy całkiem fajnego Sylwestra. 6 gości (3 małźeństwa) i 6 domowników (w tym liczeni moja siostra i szwagier. Mieli wychodzić na jakieś "balety", ale Kasię tak zmogło choróbsko, że zostali w domu). Chyba nie było źle, bo impreza trwała do piątej rano. Ciepłe dania podaliśmy w otwartej kuchni rodziców, resztę potraw u nas na piętrze. Rodzice znali wcześniej naszych znajomych, więc nie było żadnego zakłopotania. Humory dopisywały, apetyty też. Kto chciał - potańczył, kto chciał - postrzelał fajerwerkami na wiwat, kto chciał - porozmawiał. Tylko ja miałam mały problem - parę dni przed Sylwestrem tak nieudolnie zrobiłam sobie zastrzyk z COPAXONE, że na ramieniu pojawił się okazały SINIAK. No i niestety, musiałam schować go pod suknią z rękawami (koronkowymi). Ale nie popsuło mi to w ogóle nastroju.
13:35, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »
sobota, 29 grudnia 2007

Chyba tak, bo kto normalny zaprosiłby gości na SYLWESTRA-PARAPETÓWĘ do domu, w którym łazienka i kuchnia będą dopiero robione (nasze, bo u rodziców już są), duża część dobytku mieszka jeszcze w kartonach, przez dwa tygodnie goszczą cztery dodatkowe dorosłe osoby, a koty dopiero od wczoraj uczą się korzystać z "kocich drzwi" zamontowanych w drzwiach od łazienki (tam stoi ich kuweta). No i jeszcze jeden "drobiazg" - gospodyni imprezy choruje na SM!

A tymczasem...

My dajemy lokal, stół, zastawę, produkty podstawowe - chleb, masło, herbatę, kawę itd. Inni przynoszą swoje "dania flagowe" - bigos, pasztet, ciasto, mniej lub bardziej wymyślne sałatki, sery itp. Do tego panowie organizują alkohol - nikt z naszych znajomych dużo nie pije. Moja mama zadeklarowała, że dania na ciepło podamy po północy na parterze, bo tam można je podgrzać.

Z głodu więc nie umrzemy. Moim zdaniem na imprezach najważniejszy jest dobry nastrój, a jedzonko jest tylko dodatkiem. Chodzi przecież głównie o to, żeby spotkać się w sympatycznym gronie. A że w samym środku zadymy remontowo - przeprowadzkowej? - Nie szkodzi, przynajmniej będziemy tę imprezę lepiej pamiętać!

A SM? - Akurat to grono znajomych wie o chorobie i na pewno nie dadzą mi zginąć - po prostu pomogą.

12:07, ju-sty-na
Link Komentarze (1) »
piątek, 28 grudnia 2007

Moja siostra Kasia, jej mąż Boguś i dzieci - Magda i Michał od osiemnastu lat mieszkają w Niemczech. A teraz przyjechali na całe dwa tygodnie, żeby pomóc dziadkom rozpakować się i zagospodarować w nowym domu. Bardzo dobrze im to idzie. Boguś i Michał to "złote rączki", a i dziewczynom prace domowe nie straszne. Mają wprawę, bo sami przeprowadzali się kilka razy. A poza tym - oni to po prostu lubią! W przeciwieństwie do Adama, o którym zwykło się mówić w rodzinie, że "jeżeli coś nie jest komputerem - to jest zbyt skomplikowane". Ot, taki paradoks!

Kują, wiercą, wieszają obrazy, półki i firany, zagospodarowują szafy, a my... mamy dwa tygodnie luzu od tych spraw i po pół roku wreszcie możemy zająć się czymś innym niź dom. Jest super!

11:03, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 grudnia 2007

Były wspaniałe. Pierwsze w naszym nowym domu. Do wigilijnej wieczerzy usiedliśmy w dziewięć osób: rodzice, siostra z mężem i dwójką dorosłych już dzieci, teściowa, mój mąż i ja. Było wzruszająco, leniwie i miło. Czas płynął jakby wolniej. Mogliśmy nagadać się za wszystkie czasy. W pierwsze święto byliśmy na weselu kuzynki. Szliśmy tam, bo wypadało, ale wesele, głównie dzięki fajnym ludziom, okazało się bardzo udane. Nawet Tata dotrwał do oczepin.

Właśnie uświadomiłam sobie, że przez święta właściwie prawie nic nie oglądaliśmy w telewizji! Czyżby to było tajemnicą sukcesu?

Zdrowotnie też nie najgorzej. Już ponad miesiąc biorę zastrzyki Copaxone. Zainteresowani wiedzą, że to octan glatirameru, wokół finansowania którego rozpętała się ostatnio burza. Ja miałam szczęscie, bo rozpoczęłam kurację w tym roku, ale co z innymi? A i tak przeżyłam parę dni horroru, zanim zyskałam pewność, że rozpoczęte już kuracje będą kontynuowane. To przerażające, jak łatwo można jedną decyzją administracyjną odebrać człowiekowi nadzieję!
Jak się czuję po Copaxone? Na pewno mniej sztywna i obolała. Mam też więcej siły i energii. Każdy, kto zna temat SM wie, że to bardzo dużo. Wczoraj byłam z mężem na spacerze. Bez laski, tylko pod ramię z nim. Dałam radę przejść około kilometra i jeszcze mogłam jako tako ustać na nogach. Przed zastrzykami były już takie dni, że miałam kłopoty z pokonaniem kilkudziesięciu metrów. Pani Minister! - Proszę o tym pomyśleć na spacerze!

14:45, ju-sty-na
Link Komentarze (1) »
czwartek, 13 grudnia 2007
... z utęsknieniem na internet w domu. Przez te przeprowadzkowe zadymy nie dopilnowaliśmy tematu i sprawa będzie załatwiona dopiero w styczniu. Na szczęście w pracy "hulaj dusza". Tylko, że przed pracownikami muszę się kryć, bo to demoralizujące. No i zdecydowanie spadła moja pracowitość.
15:45, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »
Weszłam wczoraj do domu i poczułam ... zapach fajki. Dla naszej rodziny to sygnał jednoznaczny - Tata ma dobry humor! Szok poprzeprowadzkowy ustępuje. Rodzice się powoli rozpakowują i co najważniejsze - wreszcie dociera do nich, że nie wszystko naraz jest niezbędne, że z zapakowanymi jeszcze rzeczami też można żyć. Zaczyna ich cieszyć urządzanie, meblowanie i przestawianie. No i jeszcze jedno - nasze kotki już śmiało schodzą na parter i bezczelnie się łaszą. Są przy tym takie urocze, że nie można się nie uśmiechnąć.
15:24, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »