RSS
środa, 06 lutego 2008

To naprawdę zdumiewające. TIKA była poza domem niemal dwa tygodnie, a nie jest wychudzona, podrapana, skołtuniona, wystraszona ani zmęczona. Może mieszkała u kogoś? Naprawdę jest w dobrej kondycji, ma czyste, lśniące futro, wygląda na całkiem zadowoloną i w ogóle nie zestresowaną. Zestresowana i zdezorientowana jest natomiast TAKA, bo TIKA inaczej pachnie, a poza tym całkiem miło było być "jedynaczką" - zero konkurencji i "szefostwo" na wyłączność. Zazdrosne prychanie i syczenie potrwa parę dni, a potem znowu będą razem rozrabiać.

Ufff..., dobrze, że tak skończyła się ta przygoda!

15:52, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 lutego 2008
Niesamowite, ale prawdziwe! Zadzwoniła moja Mama, że TIKA jest w składziku u naszego sąsiada i że to na pewno ona. Mąż pojechał natychmiast do domu i faktycznie - To była nasza uciekinierka! Bez protestu pozwoliła się przynieść do domu. I tyle na razie wiem. Kończę pracę i pędzę ją przytulić.
18:20, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »

Niektórzy wiedzą, że choruję i na co. Są też tacy, którzy nie mają o niczym pojęcia. Zastanawiam się od dłuższego czasu, na ile udaje mi się kamuflować, grać, a na ile widać po mnie chorobę. Czy ludzie widzą, że coś jest nie w porządku, ale nie chcą lub boją się zapytać? Czy podejrzewają, że to SM?

Mówić czy nie mówić? Wciąż się nad tym zastanawiam. Zwłaszcza, gdy ktoś telefonicznie zaprasza Adama i mnie na karnawałowy bal, lub pyta, kiedy jadę w góry.

Boję się zwłaszcza spotkań z ludźmi, którzy mnie dawno nie widzieli, bo tacy raczej na pewno zauważą, że mam kłopoty z chodzeniem, utrzymaniem równowagi, wchodzeniem po schodach itd. Zwłaszcza, gdy zechcą ze mną pospacerować, a ja "wymięknę" po kilkuset metrach!!!

Od roku wożę w samochodzie laskę. Pewniej się z nią czuję, zwłaszcza zimą. Ale psychicznie czuję się z laską OKROPNIE, bo nie lubię przyznawać się do słabości.

18:08, ju-sty-na
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 04 lutego 2008

... a nasz remont jeszcze trwa! Miała być tylko łazienka, ale tak się jakoś porobiło, że zrobiliśmy też kuchnię (bez mebli i urządzeń, bo kasa na to dopiero "się zarobi"), a rozważamy jeszcze tapetową lamperię przy schodach. Pomalowana na jasnoźółty kolor klatka schodowa zupełnie się nie sprawdza. Widać każde dotknięcie i przytarcie na ścianach. Coś z tym musimy zrobić. Na fachowców tym razem nie mogę powiedzieć złego słowa. Są myślący, samodzielni i dokładni. My kupiliśmy tylko to, co wymagało naszej decyzji - kafelki, fugi, baterie, "biały montaż". Resztą zakupów zajmują się sami, więc nie obchodzą nas żadne suporeksy,  kleje, cement czy gips. 

Ale ponieważ nie może być tylko dobrze, dla równowagi mamy duże zmartwienie - od półtora tygodnia szukamy jednej z naszych kotek. Obie są wysterylizowane, ale przecież "kawalerowie" o tym nie wiedzą. Dotychczas nie było problemu, bo mieszkały w bloku i okoliczni Don Juani jakoś ich nie wyczuli. A teraz - zaczęło się od kocich koncertów muzycznych, potem było kuszenie zapachem, czyli kocie "strzykanie" w okolicach drzwi, aż w końcu jedna z kotek - szylkretka TIKA - wykorzystała moment naszej nieuwagi i ... poszła za głosem natury.

Szukaliśmy, chodziliśmy po okolicy, powrzucailiśmy do skrzynek pocztowych "list gończy" ze zdjęciem. Martwimy się, bo nie ma jej już bardzo długo, właściwie nie zna okolicy, no i jest zima. Coraz mniej wierzymy, że wróci, choć iskierkę nadziei jeszcze mamy. Na naszej ulicy jest wytwórnia garmażeryjna, gdzie dokarmiają koty - może się załapała, bo to inteligentna kicia. Poza tym wczoraj u sąsiada pojawił się na podwórzu kot, który z opisu bardzo przypomina naszą TIKĘ. Wystawiamy na dwór jej miskę z jedzonkiem i ... ktoś to zjada, ale nie wiemy, czy ona.

TIKA ma cztery i pół roku. Sama nas sobie wybrała. Mały kociaczek zaczął przychodzić do naszej firmy. Dostawała wody, mleczka, kiełbaski ze śniadań naszych pracowników, aż wreszcie  "kocie żarcie" dla Juniora. Pojawiała się jak spod ziemi, gdy otwieraliśmy firmę. Potem zaczęła spać na jednym z foteli. Jesienią zabraliśmy ją w kartonie od papieru do weterynarza, bo o kotach wiedzieliśmy właściwie tyle, że ... miauczą! Jej płeć określił dopiero lekarz, bo my ... nawet nie wiedzieliśmy, jak to sprawdzić!

Została TIKĄ, bo do weterynarza pojechaliśmy moim TICO. W drodze od lekarza miała nas tak dosyć, że wyskoczyła z kartonu i nie było jej przez kolejne dwa dni. Potem zamieszkała z nami, bo noce były coraz zimniejsze, a w firmie zostawać nie mogła (alarmy!). Po jakimś czasie wzięliśmy jeszcze jedną małą kotkę, bo TIKA potrzebowała towarzystwa, a my całymi dniami byliśmy poza domem. Piszczała i miauczała tak żałośnie, że serce się krajało. Ktoś nam poradził, źe musi mieć towarzyszkę. I to się znakomicie sprawdziło. 

Przez cztery lata TIKA i pręgowana szara TAKA były nierozłączne. Od 11 dni TAKA chodzi po domu ścieżkami TIKi i żałośnie płacze. Szuka jej i po swojemu przywołuje.

TIKA - wróć do nas, bo wszyscy tęsknimy!

17:48, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 stycznia 2008

Dziś się zaczął. Na początek "ROZPIERDUCHA" (określenie naszego kafelkarza), czyli skuwanie starych kafelków, likwidacja paneli na suficie itd. Potem hydraulicy, a potem nasze piękne, nowe kafelki i nie mniej piękny "biały montaż". Podśmiewam się trochę z tego, bo na wybranie i kupienie wszystkiego przeznaczyliśmy "aż" dwie godziny. Kiedy my w końcu przestaniemy się spieszyć! Chyba po śmierci!

A tak serio - ten pęd już mnie męczy. Chciałabym wolniej, spokojniej, bardziej systematycznie i przewidywalnie. Ale jakoś mi się nie udaje.

Przecież ja powinnam się oszczędzać! A ja co - "na wariata" wybieram kafelki i decyduję się na ozdobne listwy (dekory) w palemki. Oj, niezła PALMA! Ale i tak mogło być gorzej - na piramidy i wielbłądy (na płytkach) się nie zgodziłam!

17:52, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 stycznia 2008

Wczoraj, po dwóch tygodniach pobytu w Polsce, do Getyngi wrócili moja siostra i jej rodzinka. Pusto się zrobiło! Super, źe byli i to tak długo! Na 200 metrach powierzchni w ogóle nie czuło się zagęszczenia. Kaźdy bez trudu mógł znależć dla siebie mniej lub bardziej cichy kącik. Nie byliśmy juź skazani na siedzenie "na kupie", co niestety bywało nieraz przyczyną konfliktów i spięć. Przestrzeń jest jednak ważna! No i do posiłków nie musieliśmy siadać "na raty". Przy naszym stole bez trudu mieści się kilkanaście osób!

Cieszę się, że po wielu perypetiach i bojach mamy ten rodzinny azyl, bo zdecydowanie podnosi on nam wszystkim komfort codziennego życia i funkcjonowania. Tata może wyjechać wózkiem bezpośrednio na podwórze i do ogrodu. Bez problemu i dżwigania po schodach wnosi się do domu wszelkie zakupy. Samochody mają garaże przy domu, a szwagier nie musiał stawiać swojego "wypasionego" BMW na strzeżony parking, bo postawił go na zamkniętym podwórzu i widział z okien.

Ale żeby nie było zbyt różowo - dopiero przekonujemy się, ile tak naprawdę kosztuje utrzymanie domu (Już wiemy, że niemało). No i uczymy się być prawdziwymi gospodarzami - Adam odśnieżał dziś chodnik, podwórze i dojazdy do garaży - prawie godzinę!

14:12, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »
piątek, 04 stycznia 2008

Od Nowego Roku cierpię na nową "jednostkę chorobową", która zwie się LEŃ. Objawy:

- zero mobilizacji,

- odkładanie wszystkiego na później (Przecież zdążę.) ,

- niecierpliwe czekanie na koniec tygodnia w pracy.

Konsekwencje to tonięcie w coraz większej stercie papierów i dokumentów oraz kalendarz pęczniejący od wpisywania kolejnych spraw do załatwienia.

Myślę, że w ten sposób mój organizm odreagowuje bardzo intensywnie spędzany czas świąteczno-noworoczny.

Tak więc LUZIK!!!

Tym bardziej, że od przyszłego tygodnia rusza remont naszej łazienki.

11:49, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »
środa, 02 stycznia 2008

Naprawdę! Zorganizowaliśmy całkiem fajnego Sylwestra. 6 gości (3 małźeństwa) i 6 domowników (w tym liczeni moja siostra i szwagier. Mieli wychodzić na jakieś "balety", ale Kasię tak zmogło choróbsko, że zostali w domu). Chyba nie było źle, bo impreza trwała do piątej rano. Ciepłe dania podaliśmy w otwartej kuchni rodziców, resztę potraw u nas na piętrze. Rodzice znali wcześniej naszych znajomych, więc nie było żadnego zakłopotania. Humory dopisywały, apetyty też. Kto chciał - potańczył, kto chciał - postrzelał fajerwerkami na wiwat, kto chciał - porozmawiał. Tylko ja miałam mały problem - parę dni przed Sylwestrem tak nieudolnie zrobiłam sobie zastrzyk z COPAXONE, że na ramieniu pojawił się okazały SINIAK. No i niestety, musiałam schować go pod suknią z rękawami (koronkowymi). Ale nie popsuło mi to w ogóle nastroju.
13:35, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »
sobota, 29 grudnia 2007

Chyba tak, bo kto normalny zaprosiłby gości na SYLWESTRA-PARAPETÓWĘ do domu, w którym łazienka i kuchnia będą dopiero robione (nasze, bo u rodziców już są), duża część dobytku mieszka jeszcze w kartonach, przez dwa tygodnie goszczą cztery dodatkowe dorosłe osoby, a koty dopiero od wczoraj uczą się korzystać z "kocich drzwi" zamontowanych w drzwiach od łazienki (tam stoi ich kuweta). No i jeszcze jeden "drobiazg" - gospodyni imprezy choruje na SM!

A tymczasem...

My dajemy lokal, stół, zastawę, produkty podstawowe - chleb, masło, herbatę, kawę itd. Inni przynoszą swoje "dania flagowe" - bigos, pasztet, ciasto, mniej lub bardziej wymyślne sałatki, sery itp. Do tego panowie organizują alkohol - nikt z naszych znajomych dużo nie pije. Moja mama zadeklarowała, że dania na ciepło podamy po północy na parterze, bo tam można je podgrzać.

Z głodu więc nie umrzemy. Moim zdaniem na imprezach najważniejszy jest dobry nastrój, a jedzonko jest tylko dodatkiem. Chodzi przecież głównie o to, żeby spotkać się w sympatycznym gronie. A że w samym środku zadymy remontowo - przeprowadzkowej? - Nie szkodzi, przynajmniej będziemy tę imprezę lepiej pamiętać!

A SM? - Akurat to grono znajomych wie o chorobie i na pewno nie dadzą mi zginąć - po prostu pomogą.

12:07, ju-sty-na
Link Komentarze (1) »
piątek, 28 grudnia 2007

Moja siostra Kasia, jej mąż Boguś i dzieci - Magda i Michał od osiemnastu lat mieszkają w Niemczech. A teraz przyjechali na całe dwa tygodnie, żeby pomóc dziadkom rozpakować się i zagospodarować w nowym domu. Bardzo dobrze im to idzie. Boguś i Michał to "złote rączki", a i dziewczynom prace domowe nie straszne. Mają wprawę, bo sami przeprowadzali się kilka razy. A poza tym - oni to po prostu lubią! W przeciwieństwie do Adama, o którym zwykło się mówić w rodzinie, że "jeżeli coś nie jest komputerem - to jest zbyt skomplikowane". Ot, taki paradoks!

Kują, wiercą, wieszają obrazy, półki i firany, zagospodarowują szafy, a my... mamy dwa tygodnie luzu od tych spraw i po pół roku wreszcie możemy zająć się czymś innym niź dom. Jest super!

11:03, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »