RSS
czwartek, 26 października 2017

Gdy wczoraj położyłam głowę na poduszce, przypomniał mi się mój sen z poprzedniej nocy. To było naprawdę niezwykłe, jak iskra: głowa - poduszka - ubiegłonocny sen. :-) Obraz tego, czego przedtem absolutnie nie pamiętałam!

Powiedziałam nawet o tym dziwnym sprzężeniu Adamowi i opowiedziałam mu swój sen.

Jeszcze dzisiaj nie mogę się uwolnić od myślenia o tym. Tym bardziej, że sen pamiętam na tyle dokładnie, że gdybym miała zdolności plastyczne, potrafiłabym z detalami namalować to, co mi się przyśniło.

W moim śnie kupowałam lampę. W dziwnym sklepie, jakby na wyprzedaży. Sklep był w podwórzu jakiejś fabryki, w wysokiej hali z cegły. Surowej, nieotynkowanej, z ogromnymi oknami pokratkowanymi szprosami. Był słoneczny jesienny dzień i przez okna wpadało dużo światła, nie jednolitego, ale pozałamywanego przez te szprosy. Do sklepu wchodziło się prosto z podwórza zasłanego kolorowymi jesiennymi liśćmi przez wielkie, przeszklone drzwi.

Nie pamiętam, czym jeszcze handlowano w tym sklepie. Pamiętam jedynie tę lampę, którą kupowałam. A była dosyć oryginalna: podłogowa, jakieś 130-140 cm wysokości, wykonana ze szkła murano.

Znacie szkło murano? Tanie nie jest. Włoskie, ręcznie produkowane, często barwione w charakterystyczny sposób. Obecnie jest wykorzystywane głównie do produkcji biżuterii i ozdobnych przedmiotów typu wazony, misy, salaterki czy właśnie lampy.

No więc lampa.

Ta ze snu była mleczno - różowo - bordowa, a częściowo transparentna. Niezwykłe, że była w całości wykonana ze szkła – od podstawy do klosza włącznie z jednego elementu. Nie była prosta, lecz charakterystycznie dla szkła delikatnie ukształtowana. Szeroka podstawa zwężała się w wysmukłą, łagodnie wygiętą nóżkę, a ta z kolei przechodziła w pochylony, kielichowaty klosz zakończony nieregularną jakby falbanką.

Była piękna. :-)

Niestety, nie pamiętam, czy ją kupiłam.

Ciekawe, czy śniłam dalej i reszta tej historii jest schowana gdzieś w zakamarkach mojego mózgu? A może ciąg dalszy dopiero mi się przyśni?

21:53, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 października 2017

Przez nasze zdrowotne zawirowania rozmył się temat Shanti. Inna sprawa, że schronisko nie odpowiedziało na moje pytanie o jej stosunek do kotów. Ale myślę, że Shanti znalazła dom, bo jej zdjęcia zniknęły już z ich strony internetowej.

22:23, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »

Oj działo się, działo w ostatnim czasie.

O imprezie chciałam pisać, ale to już tak dawno było, że nie ma sensu. Napiszę więc tylko, że impreza była i wszystko fajnie się udało.

A potem zaczęła się seryjka…

Najpierw w nocy po imprezie dostałam kolki nerkowej. Zdarza mi się, bo mam kamienie. Kiedyś, jeszcze na studiach, miałam piasek, teraz już kamienie się pobudowały – w obu nerkach, dużo, ale na tyle małe, że nie kwalifikują się jeszcze do rozbijania. Kto zna ten rodzaj bólu ten wie – po ścianach można chodzić. :-((

A rano dołączył do tego żołądek. Jak to zgrabnie lekarka napisała "błąd dietetyczny", czyli po prostu – impreza mi się odezwała. Buuu…

Kurowałam się z jednego z drugim przez kilka dni intensywnie. Wychodziłam już na prostą, gdy mój mąż oświadczył, że… przeziębienie go bierze. Nosem pociągał, psikał, kaszlał… Nie było sposobu, żeby mi tego nie sprzedał. :-((

Dołączyłam więc do niego i rodzinnie zwalczaliśmy wirusy. U mnie nawet dosyć szybko minęło, ale Adam wciąż jeszcze trochę kaszle.

Myślicie, że to już koniec? Nieee… ;-)

Wczoraj oboje czymś się podtruliśmy (podejrzane są babeczki ze śmietaną i z owocami) – ja tyle o ile, ale Adam naprawdę solidnie. Nockę mieliśmy z głowy, a cały dzisiejszy dzień dochodziliśmy do siebie.

I to by było na tyle. Niezła seryjka, co?

Mam nadzieję, że to już naprawdę koniec, no bo ile można o choróbskach pisać. :-((

22:02, ju-sty-na
Link Komentarze (2) »