RSS
niedziela, 30 października 2011

Tak zaczynał zwykle swoje wywody pewien redaktor techniczny "starej daty", którego miałam przyjemność poznać w jednym z wydawnictw. :-) A potem następowało przynajmniej pół godziny solidnej, fachowej wiedzy. Pan Edward pewnie jest już emerytem, ale to jego charakterystyczne "zagajenie" wciąż jest żywe w naszym domu. Gdy któreś z nas tak zaczyna wypowiedź, wiadomo że sprawa będzie baaardzo szczegółowo przedstawiona.

Ot, taki wpis "o niczym", bo akurat przed chwilą padło: "Bo to było tak…" :-)))

23:27, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »

To dzisiaj jest niedziela? I już ciemno na zewnątrz? Jakaś taka zakręcona jestem. Bo to i czas nam zmienili, i Wszystkich Świętych zaczęliśmy już świętować, i jutro Adam nie idzie do pracy. Kilka spraw chcemy właśnie jutro załatwić, ale doprawdy nie wiem czy się uda, bo część firm i instytucji też nie pracuje. Hmmm…, a może lepiej odpuścić i na "normalny" dzień poczekać?

17:48, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »
sobota, 29 października 2011

Około południa wyjechali nasi goście. Szybko nam minął ten tydzień. Jak zwykle za szybko. :-((

A potem… padłam. Usnęłam jak niemowlak w środku dnia i "odpłynęłam" na… cztery godziny. Chyba takie odreagowanie. Jakieś dziwne sny miałam, większości nie pamiętam.

I tak na dobrą sprawę dopiero zaczynam dzień. ;-)))

18:14, ju-sty-na
Link Komentarze (4) »
piątek, 28 października 2011

… mnie słabość dopadła! Umyłam i wysuszyłam włosy, ogarnęłam łazienkę po tej akcji, pomyłam kocie miski i dałam zwierzynie kolację. To ostatnie już ostatkiem sił. Po drodze złapałam jeszcze butelkę "Pycholandii" i… padłam na fotel. Uff… muszę odpocząć!

Lubię te "kubusiopodobne" soki. Te owocowe, w szklanych butelkach, niby dla dzieci. To moje "dopalacze". Właśnie pochłonęłam zielony, chyba z ufoludka. ;-))

21:45, ju-sty-na
Link Komentarze (2) »

Ale bym sobie zaszalała! Przeglądałam właśnie ofertę jesienno-zimowych butów i oczywiście jak to ja upatrzyłam sobie prawie najdroższe. No i na obcasach. :-(( Zastanawiam się, na jakich dałabym radę – może ze 3-4 centymetry. Wyższe raczej nie. Szkoda, bo dobrze się w takich czułam. Dodawały mi pewności siebie. Oj, lubiłam tak pobajerować, oj lubiłam! ;-)))

U… u… ale godzina! Czas spać. Aha… jeszcze jedno. Dostałam ofertę typu "Gratis dla Ciebie": "8 dni atrakcji na Riwierze Turcji". Muszę to przeanalizować. Zapewne nie pojedziemy, ale mam pytanie: korzystał ktoś z tego typu "gratisowych" wyjazdów? Jakie są tak naprawdę koszty takich wojaży? I gdzie są cenowe pułapki?

01:42, ju-sty-na
Link Komentarze (2) »
czwartek, 27 października 2011

Miałam przedwczoraj kontakt z dziewczynką, u której właśnie "wykluł się" półpasiec. :-((

Mam nadzieję, że będzie to bez konsekwencji dla mnie. Więcej atrakcji mi nie trzeba.

20:50, ju-sty-na
Link Komentarze (2) »

Za wuefem nigdy nie przepadałam, nic nie "uprawiałam", nawet na rowerze nie nauczyłam się jeździć. :-( Chyba przez to, że już jako dziecko miałam kłopoty z równowagą. Nigdy nie byłam typem "sportowca", raczej "prymusem" i "molem książkowym". W dorosłym życiu niewiele się zmieniło. Może tylko to, że zaczęłam chodzić z Adamem po górach. Gdy SM zaczął ograniczać mnie ruchowo oczywiście chodziłam na rehabilitację, nawet sporo. I do sanatoriów zaczęłam jeździć. No i głosiłam wszem i wobec, jaka ważna jest rehabilitacja. Głosiłam, głosiłam, ale wciąż nie szły za tym czyny. Niezliczoną ilość razy zaczynałam "systematycznie ćwiczyć", ale po jakimś czasie zapał mijał i zaczynało się szukanie wykrętów i pretekstów, żeby sobie odpuścić. :-((

Myślę, że mój ostatni pobyt na rehabilitacji wreszcie pootwierał mi odpowiednie "klapki" w mózgu. Przecież po to Bozia obdarzyła mnie rozumem, żebym z niego korzystała! A rozum mówi mi: ĆWICZ!!!

Pisałam już wcześniej, że systematyczna i dobrze poprowadzona rehabilitacja przyniosła u mnie zaskakująco dobre efekty. Okazało się, że owszem, choroba zrobiła mi "nieco" krzywdy, ale ja sama też "zapuściłam się". I to bardzo! Żeby było jasne: nie każde pogorszenie stanu zdrowia u chorych na SM wynika z braku ruchu i aktywności fizycznej, ale w moim przypadku jest to ewidentne i nie ma co ściemniać. Sama jestem sobie winna, że aż tak bardzo pogorszył się mój stan. Oczywiście, nie bez znaczenia są zapewne: depresja po Bornem Sulinowie, koniec refundacji Copaxonu i moja nieskuteczna walka z NFZ-em o dalsze leczenie czy życiowe stresy i kłopoty. Ale gdybym systematycznie ćwiczyła, NA PEWNO byłabym w lepszym stanie ogólnym i lekarze nie musieliby mnie z takiego "doła" wyprowadzać. Napracowali się bardzo, ja też, i po prostu NIE MOGĘ!!! tego zmarnować.

Mam zdecydowanie lepszy punkt wyjścia niż jeszcze kilka miesięcy temu: lepszą kondycję i wydolność, wzmocnione mięśnie, umiejętność wykonywania określonych ćwiczeń i dużo wiedzy typu "jak to działa?". Przez sześć tygodni do znudzenia kładziono mi do głowy, że nie ćwicząc robię krzywdę SOBIE, a nie rehabilitantowi. I jeszcze to, że nikt za mnie nie wykona MOICH ćwiczeń. Truizm i "oczywista oczywistość"? Ale też "najprawdziwsza prawda" i mam nadzieję, że wreszcie wryło mi się to w mózg.

Na razie osiągnięcie mam takie, że pomimo lekarskiego pozwolenia na dwutygodniową "labę" po sześciotygodniowym maratonie, już po tygodniu zaczęłam czuć potrzebę ćwiczeń i sama się za nie zabrałam. Bo to nie jest skomplikowane i wcale nie potrzeba "wypasionego" gabinetu. Najważniejsze, żeby wiedzieć co i jak ćwiczyć. No i oczywiście ROBIĆ TO!!!

Na razie się udaje. :-))

16:27, ju-sty-na
Link Komentarze (1) »
wtorek, 25 października 2011

Wszystkie baby, czyli mama, siostra i ja pojechałyśmy dziś się upiększać. Stópki, paluszki, brewki i tym podobne, według facetów niekoniecznie niezbędne, ale przecież "ony" się nie znają. ;-))

Bardzo fajny babski czas. :-))

23:46, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 24 października 2011

… trochę do internetu. Goście poszli się gdzieś gościć, mężu w pracy, rodzice odpoczywają, kocice gdzieś w plenerze, a ja wciąż staram się pozbierać po w sumie sześciotygodniowej nieobecności w domu. Bo przepustek nie ma co liczyć – zawsze tylko wpadałam i wypadałam, rozglądać się nie miałam czasu.

Próbuję wrócić do "normalnego" rytmu, ale zmodyfikowanego o to, czego nauczyłam się, uświadomiłam sobie i przemyślałam na rehabilitacji. Obiecałam sobie, i lekarzom też, że nie zmarnuję tego, co udało nam się osiągnąć.

"Nowego" będzie wcale niemało. Zasadnicze: Nie odpuszczać aktywności fizycznej, ruszać się, chodzić jak najwięcej i ćwiczyć. Muszę robić wszystko, żeby się "nie zastać". Przede wszystkim postanowiłam zrezygnować z niezdrowych dla mojego kręgosłupa i mięśni (o oczach nie wspominając) wielogodzinnych prac przy komputerze.

Trochę "wpuściłam się w kanał" z tymi robotami. Nierozważnie uznałam, że przy mojej chorobie i kłopotach z chodzeniem praca przy komputerze to idealny, a może i jedyny, rodzaj dostępnej aktywności zawodowej. Otóż nie!!! Przypłaciłam to bólem, osłabieniem i zwiotczeniem mięśni, dyskopatią kręgosłupa szyjnego, ogólną sztywnością i spadkiem sprawności wcale nie związanymi z moją chorobą, lecz z brakiem ruchu. Regularne ćwiczenia udowodniły, że mogę znacznie więcej niż ostatnimi czasy myślałam.

A więc: komputer – tak, ale w zdecydowanie mniejszym wymiarze, ruch – jak najbardziej i jak najwięcej.

Kończę więc i uciekam sprzed komputera. Kocice właśnie wróciły. Muszę dać im kolację, bo zamiauczą mnie na śmierć. ;-))

21:34, ju-sty-na
Link Komentarze (4) »

…, gdy życie serialowych Lubiczów czy Mostowiaków jest ważniejsze niż to prawdziwe, a na zainteresowanie i rozmowę można liczyć tylko wtedy, gdy w telewizji nie leci jakiś serial. I wiem, że w tym "nielubieniu" nie jestem odosobniona.

20:15, ju-sty-na
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3