RSS
piątek, 27 sierpnia 2010

Tęskniliście za mną? Może niektórzy troszeczkę tak? ;-))

Uspokajam zaniepokojonych moim długim milczeniem – nic się złego nie stało, wszystko w "mojej" normie.

Obiecałam zrobić "na termin" jakieś "robótki" i musiałam się bardzo sprężać, żeby się wywiązać. A kondycja już nie taka. Buuu... :-(( Zdarzało się, że na przemian tylko pracowałam i spałam. Bywało ciężko, zwłaszcza w upały. To były prace "pisarskie", więc już mi się do blogu nawet siadać nie chciało. Zresztą codziennie mogłabym pisać z grubsza to samo: "Napisałam kolejne teksty". ;-)) A ostrzegałam, że będę miała pracowite lato! Ale nie myślałam, że aż tak.

Jedną robotę (to pisanie tekstów) właściwie finalizuję. Zaczynam kolejną, ale już nie tak intensywną. To redakcja i skład "mrocznego" kryminału. Strach się bać! Ciekawe, jakie będę miała sny? ;-))

Co jeszcze?

Od września mój mężu idzie do bardziej "pozadomowej" pracy. Jakiś czas pracował głównie w domu, więc zmiana spora. Zwłaszcza "sztywne" godziny pracy. Śmiejemy się, że zaczyna rok szkolny. ;-))

Dla mnie to też zmiana będzie, bo my takie "papużki-nierozłączki"– w pracy razem, w domu razem, w łóżku... ;-))) No i szykuje nam się rewolucja.

Oj, dzieje się, dzieje! Nudno nie jest.

A SM? No mam i co z tego? To mnie nie zwalnia z życia. I dobrze! Pod "kloszem" nie jest komfortowo.

Przynajmniej ja tak uważam.

22:30, ju-sty-na
Link Komentarze (2) »
piątek, 13 sierpnia 2010

Często tak mówimy i wszyscy wiemy, że to znaczy po prostu wyjść na czymś jakoś nieszczególnie dobrze. Przypadkiem trafiłam na historię, która dała życie temu powiedzeniu. No i się dzielę:

Kim był Zabłocki? Ziemianinem, dziedzicem spod Sochaczewa, który postanowił zrobić "interes życia" – sprzedać wyprodukowane przez siebie mydło za granicę. Chciał je dostarczyć drogą wodną, bo tak było najtaniej. Facet był skąpy i nie chciał płacić cła za przewóz towaru. Wymyślił więc sobie, że można podwiesić skrzynie z mydłem pod tratwy i w ten sposób oszukać celników. Fortel się udał – cła nie płacił. Jest tylko jeden mały szczegół – jak rozpakowano skrzynie, okazały się puste. Nie były szczelne i mydło w kontakcie z wodą po drodze się "wymydliło". :-)))

Ot, ciekawostka, której się doszukałam. Nie znałam tej historii. Cześć!

21:48, ju-sty-na
Link Komentarze (4) »
środa, 11 sierpnia 2010

Życie mnie "wciungło". ;-))

Sporo spraw - dobrych i złych, typowych i nietypowych, przyjemnych i nieprzyjemnych... Jakoś tak ostatnio ... różnorodniej żyję. I fajnie. Chociaż niektórych problemów wolałabym nie mieć. :-( No, mniejsza z tym.

Różnorodność przeciwdziała nudzie. I pozytywnie wpływa na psyche. Przynajmniej u mnie.

A ja się nudzić nie chcę, nie umiem i nie zamierzam. Taki już ze mnie "niespokojny duch". Trochę adrenalinki musi być! ;-)) Może gdybym tego "gada" - jak mówi Anna Black - nie miała i była w pełni sił fizycznych, byłabym taka męcząca i nie do zniesienia dla otoczenia, że nikt by ze mną nie wytrzymał? ;-)) A tak to jestem trochę bardziej spolegliwa. W myśl zasady: "Nie dała Bozia świni rogów, bo by ludzi bodła". Hmmm...

 

Znajomy dziękował ostatnio mojemu Tacie za naukę, której ten mu kiedyś, dawno, dawno temu udzielił. I mnie Tata opowiadał wielokrotnie tę przypowieść-naukę. Uświadomiłam sobie, że chyba trochę tak staram się żyć. I w sumie - to się sprawdza.

Więc na dobranoc:

MYSIA HISTORIA

Dwie myszy wpadły do garnka ze śmietaną i zaczęły się w niej topić. Jedna utonęła od razu. Druga zaczęła rozpaczliwie machać łapami, rzucać się i miotać. Nie przestawała, aż śmietanę ubiła na masło i po jego powierzchni wyszła z garnka.

02:29, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 01 sierpnia 2010

Bezpośrednim impulsem do tej notki jest wpis u Ani - między innymi na temat kolejnego "zaliczenia gleby" przez nią. :-((

No fakt - zaliczamy i to często! Najczęściej dzieje się to niespodziewanie i wbrew naszej woli. Tracimy równowagę albo zakręci nam się w głowie, albo wykonamy gwałtowniejszy ruch, np. obejrzymy się za siebie, albo źle stąpniemy, albo nie zauważymy jakiejś nierówności na drodze, albo zapomnimy o jakimś schodku i tak dalej, i tak dalej... Dlatego tak ważne są dla nas proste chodniki, podjazdy i poręcze. I żeby za wąsko nie było, bo chodzimy zwykle "szeroko" i jak jest ciasno, to czujemy się klaustrofobicznie.

Ania cieszy się, że ma "gumowe kości". Ale zawsze jest ryzyko, że sobie większą krzywdę zrobimy. Ja już się kiedyś połamałam i kilka razy solidnie potłukłam. "Niemiłe" to było. :-(( Nie lubię się przewracać i robić sobie krzywdy – chyba nie ma w tym nic dziwnego. W pewnym momencie uświadomiłam sobie, że moja częstotliwość "zaliczania gleby" chyba będzie mniejsza, jeśli nie będę "na siłę" chodzić samodzielnie, ale wspomogę się laską lub kulą. Pisałam już kiedyś o tym na blogu. Na przykład tutaj. Od tego wpisu minęło już półtora roku i moje możliwości chodzenia są skromniejsze niż wówczas – laskę biorę już na kilka kroków i coraz częściej sięgam po kulę, bo stabilniejsza.

A teraz chyba najważniejsze: Muszę odnotować u siebie "psychiczny" sukces - już nie myślę o tym, że ludzie patrzą, że tak "niepięknie" idę. Po prostu - załatwiam swoje sprawy w takim stylu, na jaki pozwala mi moja mobilność. Ostatnio po budowlanym markecie jeździłam ... na wózku (w niektórych marketach można pożyczyć), bo mieliśmy z mężem sporo spraw do załatwienia,a sklep duży i do tego upał. Pomyślałam sobie, że nie chcę być za wszelką cenę "twarda", a potem zdychać ze zmęczenia. I to było bardzo dobre rozwiązanie. Wzrok ludzki jakoś mnie nie zabił, a co załatwiłam, to moje. Uświadomiłam sobie, że bardziej niekomfortowo czułabym się ledwie łażąc między tymi marketowymi półkami niż siedząc bezpiecznie na wózku. To chyba kolejny ważny przełom u mnie - już rozumiem, że kule i wózki są po to, by nam pomagały funkcjonować.

Aha, jeszcze jedno: Od kilku miesięcy jestem posiadaczką tak zwanego chodzika/balkonika na kółkach. I to też się dobrze sprawdza, zwłaszcza w domu, przy codziennym "krzątaniu", ale trzeba mieć w miarę dużo miejsca. W małym mieszkaniu raczej się nie da z niego korzystać.

Z balkonikiem to trochę jak z wózkiem sklepowym - jest się o co oprzeć, jest gdzie odłożyć przenoszone/przewożone ciuchy, graty, papiery, naczynia... (ma siedzisko i koszyk). Łatwiej iść do drugiego pokoju po książkę, do kuchni po herbatę (nawet przywieźć ją można :-)). Zdecydowanie polecam. Dzięki temu balkonikowi na pewno więcej się ruszam i rzadziej proszę innych o podanie czegoś lub przyniesienie. A to cieszy i podbudowuje - psychicznie bardzo. :-))

15:45, ju-sty-na
Link Komentarze (9) »