RSS
poniedziałek, 25 lipca 2011

Komentujecie "wózek dla leniuchów", więc jednak i ja na ten temat kilka słów.

W powszechnym odbiorze wózek inwalidzki to ograniczenie i zależność od innych. A esemowców właściwie już od dnia postawienia diagnozy wózkiem się straszy. Że prędzej czy później na nim wylądują. To z kolei nie pomaga racjonalnemu podejściu do tematu. Zataczamy się, przewracamy, nawet łamiemy kości i na siłę wzbraniamy przed wózkiem. Ze mną nie było inaczej. Długo i mozolnie "dorastałam" do tematu. Ale w końcu przekonałam się, że wózek to nie koniec świata.

Dla niezorientowanych: Jednym z mierników stanu chorego na SM jest odległość, którą jest w stanie przejść. Do tego między innymi odwołuje się skala EDSS. Może się zdarzyć, że człowiek radzi sobie z chodzeniem tylko na dystansie kilku-kilkudziesięciu metrów i dalej po prostu nie daje rady.

Od jakiegoś czasu tak jest ze mną. Nieposłuszne ciało nie bardzo chce współpracować i próbuje mnie ograniczyć. Jak mi kondycja raz czy drugi pokrzyżowała plany i uniemożliwiła zrobienie czegoś, na co miałam ochotę, albo co powinnam zrobić jako "wzorowa pani domu" czy "dobra żona", zaczęłam myśleć, że byłoby mi łatwiej na wózku, że wtedy dałabym radę. Chyba najważniejsze było dostrzeżenie pozytywów używania wózka. A przy esemowych objawach jest ich wcale niemało – można więcej, dalej i bezpieczniej. Byle nie wpaść w pułapkę i nie nadużywać wózka, gdy nie ma takiej potrzeby, bo takie "lenistwo" nie popłaca.

Póżno już. Rano szpital. Nie pociągnę dalej tego tematu, musicie radzić sobie sami. :-)) Odezwę się pewnie za kilka dni. Pozdrawiam serdecznie wszystkich czytelników. Bye.

01:01, ju-sty-na
Link Komentarze (3) »
niedziela, 24 lipca 2011

Wczoraj świętowaliśmy urodziny Taty. Impreza była z rozmachem, więc czaso- i energiochłonna. Wszystko fajnie wyszło. Dziś wyjechali już siostra i szwagier, a ja szykuję się powoli do szpitala. Wspominałam, że wybieram się na trochę badań. To już jutro.

Siedziałam w piątek nad blogowym wpisem, którego w końcu nie zamieściłam, bo wciąż nie jest taki, jak bym chciała. To o wózku inwalidzkim i jego używaniu. Zainspirowała mnie skierowana do mnie odpowiedź Martinki, która na blogu Ani napisała: "wózek jest dla leniuchów". Myślę, że to zbytnie uproszczenie i chciałam trochę moich przemyśleń na ten temat wrzucić, ale jakoś trudno mi się to formułuje. Nie wiem, może do tego wrócę, a może odpuszczę. Zobaczymy.

Co jeszcze? Zwierzęta nam się mnożą.

W ogrodowym akwarium (to naprawdę szklane akwarium, a nie oczko wodne) zamieszkały trzy złote karasie. Jeden już chciał spróbować życia na lądzie i wyskoczył. Na szczęście szwagier to widział i szybko interweniował. Śmiałam się, że na pewno uratował mu życie metodą usta-usta. :-)) Teraz już jest siatka na akwarium. Koty główkują, jak sobie z tym poradzić. Może jestem pesymistką, ale nie wróżę tym rybkom długiego życia. ;-))

W okolicy pojawił się nowy kot – całkiem czarny, z bursztynowymi oczami. Niby stacjonuje u sąsiadów, ale coraz częściej też u nas. Wczoraj zgrabnie rozprawił się z folią na półmisku odstawionym na taras, ale miał pecha, bo zanim został przepłoszony zdążył capnąć tylko czerwoną papryczkę. :-))

Do zwierzyńca dołączył też kudłaty pies od innych sąsiadów, na co dzień podwórzowy, mieszkający w budzie. Właściciele wyjechali na weekend i nudziło mu się na jego podwórku (którego w założeniu powinien pilnować!), więc przybiegł do nas w celach towarzysko-kulinarnych.  Pies jest sympatyczny i bardzo pokojowo nastawiony, a przy tym "powsinoga" straszny. Szczerze powiedziawszy, absolutnie nie nadaje się do budy. Jest raczej domowy. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego go trzymają na podwórzu. Jak właściciele wrócą, spróbujemy o tym z nimi pogadać.

Pamiętacie "Z kamerą wśród zwierząt"? Jak tak dalej pójdzie, kolejne odcinki będą kręcone u nas. :-)))

13:18, ju-sty-na
Link Komentarze (3) »
środa, 20 lipca 2011

Właśnie zauważyłam, że przegapiłam pewną rocznicę – 17 lipca mojemu blogowi stuknęły cztery latka. Niesamowite! To ja już tak długo tutaj piszę?

23:42, ju-sty-na
Link Komentarze (6) »

Chyba na starość dopadła mnie "arystokratyczna" choroba – migrena. :-(( Dzisiejszy dzień właściwie cały w plecy – dopiero niedawno przestała mnie boleć głowa i wreszcie zrobiłam się głodna. Wcześniej – kataklizm. "Umierałam" i miejsca sobie znaleźć nie mogłam. Większość dnia przespałam. W takim natężeniu tego typu dolegliwości jeszcze nie miałam i mam nadzieję, że to był tylko pojedynczy incydent. Od dziś jeszcze badziej współczuję migrenowcom. Biedni jesteście. :-((

23:07, ju-sty-na
Link Komentarze (1) »
wtorek, 19 lipca 2011

Wcześniejszy wpis w pół myśli skończyłam, bo czas mnie już naglił – jechałyśmy z mamą upiększać się (manicure, pedicure itp.). W efekcie mam ciemnoniebieskie paznokcie od rąk i jasnożółte (prawie białe) od nóg. Jak szaleć to szaleć.

A z rana mieszałyśmy z siostrą w ciuchach – przywiozła mi trochę takich, z których "wyrosła", a ode mnie przejęła trochę przydużych. I tak jakoś się kręci – każda ma coś nowego. ;-))

Nie widziałyśmy się od marca, więc jej opinia jest w miarę obiektywna i niestety potwierdza to, co sama czuję – że gorzej chodzę. Mam coraz większe problemy zwłaszcza z lewą nogą – ciągnę ją i zahaczam o podłoże przy chodzeniu. Lewa zawsze była słabsza, ale teraz coraz wyraźniej. I co ciekawe – dla odmiany słabszą mam prawą rękę, więc na ukos. Mam spore kłopoty z ręcznym pisaniem – bazgrolę paskudnie. Ja niby oburęczna jestem, ale nigdy nie nauczyłam się pisać lewą. Nie pamiętam, chyba mnie nie zmuszali do pisania prawą, chyba sama tak wybrałam. Za to narzędzia typu igła, młotek czy tłuczek trzymam w lewej. Pamiętam, jak w podstawówce były na wf-ie testy sprawnościowe i nauczycielka żądała, żebym piłeczką palantową rzucała prawą ręką. Była ze mną niezła komedia: biegłam, biegłam, myk, piłeczka do lewej ręki i rzut… A jak w końcu zmusiła mnie, żebym prawą rzuciła, to osiągnęłam wynik jak przedszkolak. :-))) Wtedy śmiesznie mi nie było, bo to były rzuty na ocenę i za te "praworęczne" odległości dwóję dostałam.

22:58, ju-sty-na
Link Komentarze (2) »

Poprzedni tydzień miałam pod znakiem prac gospodarczo-porządkowych, ten – pod znakiem gości (siostra z mężem) i urodzinowej imprezy Taty, a przyszły – pod znakiem szpitala. Wybieram się trochę do nich poleżeć ;-)), a konkretnie na badania neurologiczne. Dawno szczegółowych nie miałam, więc w sumie co mi tam, przynajmniej nie będę musiała sama o nie zabiegać i umawiać się na jakieś terminy nie z tej ziemi. Ale to dopiero w poniedziałek, bo teraz głównie się gościmy.

Więcej ludzi w domu to więcej życia. Chwilami czuję się jak we włoskiej rodzinie. ;-) Wszyscy mówią równocześnie, przekrzykują się, nawołują, gospodarzą w "obejściu", coś pichcą w kuchni, myszkują po lodówce… Moja Mama uwielbia, jak do stołu siada dużo osób, więc zadowolona. A jak jeszcze jedzą z apetytem, to już pełnia szczęścia. "Zajęcia w podgrupach" też są. Fajnie pogadać osobiście, a nie za pośrednictwem telefonu, maila czy skype'a.

17:08, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 18 lipca 2011

Porozglądałam się trochę po blogach osób, które podobnie jak ja chorują na SM. Smutno mi, jak ludziom źle się dzieje. Martwię się Esemowcem i Black, że u nich zdrowotne pogorszenia czy Majką, że bloga od kwietnia nie pisze i na mój mail nie odpowiada…

Niewiele mogę – tylko ciepło o nich myśleć.

13:06, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 lipca 2011

Przysiadłam na chwilę, żeby odetchnąć. Myślę, że na dzisiaj już dosyć. Część szaf rozśrodkowana, ale jeszcze sporo zostało. Nie wiem, jak u Was, ale u mnie etapem przejściowym przy robieniu porządków jest totalny "sajgon". W tym właśnie siedzę. ;-( Koncepcję mam, ale do pełnej realizacji jeszcze daleka droga. Na szczęśce walki obejmują jeden pokój, więc mogę go zamknąć i nie patrzeć na pobojowisko. ;-)

Zajmowałam się tym niemal cały dzień. Tam, gdzie nie dałam rady pomógł mi Adam, ale sporo zrobiłam sama. Jak dałam radę? Jakaś szczególna zwyżka formy ani cudowne uzdrowienie nie nastąpiło, ale opanowałam temat sposobem ("cwancykiem", jak mówi Ethel :-) ). Przecież mam wózek, więc go wykorzystałam – zamiast z mozołem chodzić od szafy do szafy i wymięknąć po paru "nawrotach", po prostu pojeździłam. Dodatkowy zysk – to co musiałabym w rękach przenosić, przewiozłam na kolanach. Ot, "pomysłowy Dobromir"! :-)) Bardzo mi to ułatwiło życie i po naprawdę solidnej dawce prac gospodarczych nie jestem jakoś niewyobrażalnie zmęczona.

A jutro odpoczywam – zapowiedziała się koleżanka z wizytą. Jak nas znam, na pogaduchach czas upłynie szybko. :-))

22:02, ju-sty-na
Link Komentarze (1) »

Mam co robić. Zachciało mi się przemeblowania. Za mną już przenoszenie gratów – jedne do garażu, inne z garażu, a jeszcze inne między pokojami. Siły męskie to wykonały, czyli Adam i mój wujek. :-) Ale już mycie mebli i wygonienie kurzu z kątów mnie przypadło w udziale. W rękawiczkach nie umiem sprzątać, więc teraz dobry manicure by się przydał.

A cała akcja dlatego, że:

1. Miałam dosyć patrzenia na ścianę w trakcie ćwiczenia na rowerze rehabilitacyjnym – teraz mam widok na zieleń za oknem. :-))

2. Wnerwiało mnie każdorazowe rozstawianie maszyny do szycia, gdy chciałam cokolwiek przeszyć – teraz mam maszynę ustawioną na stałe w konkretnym miejscu, tylko usiąść i wyczarować jakieś nieziemskie kreacje. ;-))

Poza tym chcę opróżnić i oddać we władanie Adamowi najniższe i najwyższe półki w segmencie – ciężko mi z nich korzystać. Te najniższe są bardzo głębokie i trzeba prawie położyć się na ziemi, żeby coś z tyłu wyciągnąć, a te najwyższe są osiągalne tylko z krzesła albo drabinki i jednak wolę nie ryzykować. Te roszady nie są proste, bo muszę zwalczyć wieloletnie przyzwyczajenia, że wazoniki stały na tej półce, talerzyki do ciasta na tej, a obrusy leżały na tamtej. Siedzę więc przed tą naszą "ślubną" meblościanką (której pewnie już należałoby się pozbyć, bo od dawna nie jest "trendy", ale za to jest baaardzo pojemna) i główkuję. Tu coś przeniosę, tu coś przestawię, tu coś wyrzucę (przy okazji akcja-selekcja)… Jeszcze sporo przede mną, ale mam czasowy "bicz", bo segment stoi w pokoju gościnnym, a pod koniec tygodnia przyjeżdżają siostra i szwagier.

01:46, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 04 lipca 2011

Czyli ja – w błękitnym szlafroku. ;-)

Weekend był… dziwaczny. Z piątku na sobotę czytałam pół nocy i w konsekwencji w sobotę wstałam prawie koło południa. Szybkie "śniadanie" i akurat tyle czasu, żeby spokojnie przygotować się do wizyty u znajomych. Wyjeżdżaliśmy o 15, bo jeszcze drugich znajomych po drodze zabieraliśmy, a potem jazda poza miasto. GPS kolegi pomógł nam trafić. Spotkanie fajne, tylko pogoda spłatała nam figla, bo miało być grilowanie, a mogła być co najwyżej kąpiel w deszczu. Po powrocie jeszcze nie chciało nam się spać, więc druga nocka zarwana i kolejne południowe śniadanie. Niedzielę miałam krótką, bo o 20 byłam już w łóżku. Pospałam do północy, a potem się roztrzeźwiłam. Wstałam, wypiłam "Kubusia" czy inną "Pycholandię", włączyłam się w "życie rodzinne", które u nas zwykle toczy się długo, a teraz odpaliłam komputer, żeby napisać tę notkę.

Od poniedziałkowego rana kilka ważnych spraw, więc koniec weekendowego lenistwa. Za kilka godzin muszę być juź na nogach. Dobrej nocy.

01:49, ju-sty-na
Link Komentarze (3) »