RSS
środa, 29 kwietnia 2009

Kocice szaleją. "Wymiaukują" sobie wyjście z domu nawet na całą noc. Ciepło, sucho, ciekawie, więc do domu wracają tylko się najeść i odebrać należne im "głaski" i "miziania".

Za każdym razem, gdy wracają, rozglądamy się dokładnie po domu. W ubiegłym roku wprost zarzucały nas upolowanym przez siebie "zaopatrzeniem". Przynosiły myszy, ptaki, krety, ważki, dżdżownice...

A wszystko podobno z kociej "dobroci serca", jako swój wkład do "kotła". Dużo ambarasu było z tymi "darami". :-((

W "mądrych książkach" piszą, że kota za coś takiego trzeba chwalić, bo to dowód jego wdzięczności i oddania. I że nie da się tego  oduczyć.

No to chwaliliśmy i głaskaliśmy po łebkach.

Ale wciąż zastanawiam się, czy słusznie. Czy naprawdę kota nie da się oduczyć takiego "obdarowywania" ludzi?

Przecież na widok tych biednych upolowanych zwierzątek serce się krajało!

Kociarze - macie może jakieś doświadczenia w tym temacie? Podzielcie się!

15:45, ju-sty-na
Link Komentarze (12) »
wtorek, 28 kwietnia 2009

"Wywołana do tablicy" ;-) przez Agregata, postaram się udowodnić, że w kuchni potrafię nie tylko wodę przypalić albo rozpakować zamówioną pizzę.

 

Oto przepis na jedno z moich "dań flagowych":

Około kilograma schabu bez kości kroimy jak na kotlety.

Rozbijamy tłuczkiem posolone i popieprzone mięsko.

Na dużej patelni rozgrzewamy tłuszcz. Ja stosuję olej i trochę oliwy.

Rozbite kotlety obtaczamy w mące i kładziemy na wrzący tłuszcz.

Już obsmażone układamy warstwowo w żaroodpornej brytfannie.

Kroimy w plastry 3-4 duże cebule i rumienimy je na tym samym tłuszczu na patelni.

Zalewamy tę cebulkę wrzącą wodą i próżymy przez dłuższą chwilę.

Dodajemy ze 2 łyżeczki koncentratu pomidorowego i 1 łyżeczkę keczupu. Mieszamy.

Zalewamy tym obsmażone mięsko w brytfannie. W miarę równo przykrywamy cebulą.

Mięso i cebula powinny być zakryte wywarem. Ewentualnie dolewamy jeszcze wody.

Brytfannę zamykamy i wstawiamy do rozgrzanego  piekarnika.

W temperaturze ok. 180-200 stopni pieczemy ok. 70-80 minut.

Polecam z surówkami w stylu greckim albo przygotowanymi na bazie kapusty pekińskiej lub z mieszankami sałat.

Można podawać zarówno z chlebem, jak i z ziemniakami.

SMACZNEGO!!!

 

Ten przepis przekazała mi Babcia. Trochę go zmodyfikowałam, ale zasadnicze zostało bez zmian. Babcia wielokrotnie powtarzała: "Pamiętaj, cebulki nie żałować!"

No to: CEBULKI NIE ŻAŁOWAĆ! :-))

23:58, ju-sty-na
Link Komentarze (8) »

Bywa, że trzeba wyjaśnić, co to jest stwardnienie rozsiane komuś, kto kompletnie nie wie, co to za choroba. Zero, nul, nawet pojęcia z jakiego to działu medycyny.

Dzisiaj trafił mi się taki delikwent - elokwentny, wygadany, teoretycznie powinien chociaż wiedzieć "w którym kościele dzwonią", bo facet z branży ubezpieczeń na życie i ... NIC! Tabula rasa! Nawet nazwy choroby nie znał.

Zaskoczył mnie trochę.

A jak trudno takiemu wyjaśnić "czym to się je"!

Chyba jednak wolę, jak rozmówca choć trochę wie, z czego mu się "zwierzam".

Nie gadam wszystkim wkoło o swojej chorobie, ale są sytuacje, kiedy trzeba. :-(( To właśnie była jedna z takich sytuacji.

14:54, ju-sty-na
Link Komentarze (2) »
niedziela, 26 kwietnia 2009

Bardzo nie lubię się tak czuć.

Chcę być samodzielna i zaradna. W pełni panować nad swoim życiem i wszystkimi sprawami, które mnie dotyczą.

Wprost nie znoszę uzależnienia od innych ludzi. Nie lubię i nie umiem prosić o pomoc.

A coraz częściej muszę. Bo sobie nie radzę. :-(

Dziś była to prośba o pomoc przy banalnym przygotowywaniu obiadu, bo momentami byłam taka słaba, że nie mogłam ustać na nogach i ruszyć się z miejsca.

Jak ja tego nienawidzę! Ja chcę sama!

20:24, ju-sty-na
Link Komentarze (4) »
piątek, 24 kwietnia 2009

Na fali wspomnień o mojej "karierze zawodowej" przypomniało mi się między innymi to:

Był czas, gdy miałam potworne bóle głowy. Niewiadomego pochodzenia. Nie była to migrena. Lekarze przebadali mnie na wszystkie strony, nawet do szpitala położyli ... i nic.

Po latach wiem, że to najpewniej również był SMowy objaw, ale wówczas...

Jeden z lekarzy - neurochirurg, zastosował drastyczne, ale o dziwo skuteczne, leczenie - zastrzyki z lignokainy (przeciwbólowe) podawane w odpowiednie obszary na głowie. Jeździłam na te zastrzyki do szpitala, chyba dwa razy w tygodniu. Aplikował je sam pan doktor. Miłe to nie było. :-( Głowa robiła się zdrętwiała i znieczulona. Potem w tym stanie wsiadałam do samochodu i ... jechałam do pracy - opowiadać studentom o pięknie dziewiętnastowiecznej polskiej literatury.

Rozważne to na pewno nie było.

16:34, ju-sty-na
Link Komentarze (4) »

Nie pojechałam dzisiaj do pracy.

Świętuję "Dzień dobroci dla zwierząt", czyli ... dla siebie samej. :-))

Tyle ostatnio się działo, że muszę to jakoś odreagować. Siedzę w domu i totalnie leniuchuję.

Słońce, balkony pootwierane, ogród za progiem. Jaki ten świat jest piękny! :-)

Myślę o tym, co napisała iksińska pod moim poprzednim wpisem. Taaak, wielu ludzi kombinuje, by załatwić sobie rentę czy jakieś przywileje. A ja kombinuję, jak to zrobić, by jak najdłużej pracować. Faktycznie, jakaś "dziwna" jestem! ;-)

Cieszę się, że mimo choroby pracowałam. W sumie ... 20 lat!

Bywało trudno, nieraz bardzo trudno, ale nie żałuję ani dnia, ani jednej posady. Wszystkie czegoś mnie nauczyły. Jeżeli nie "zawodowo", to "życiowo".

Od jakiegoś czasu moje zdrowie zaczęło zbytnio wpływać na "zawodowe" funkcjonowanie. Coraz mniejsza mobilność, męczliwość... Musiałam podjąć jakieś kroki. Tym bardziej, że zatrudniam pracowników, a nie ma chyba nic gorszego niż "nieprzewidywalny" szef.

Tak więc powoli robię swoje wielkie wiosenne porządki.

12:32, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 23 kwietnia 2009

Przyznaję - marnie mi wczoraj było. :-( Dziś już się opanowałam i uspokoiłam.

Wiem znakomicie, że to nie koniec świata, ale ... przykro mi, że to już. Mam świadomość, że zacznie się nowy rozdział. Jeszcze bardziej niepodobny do moich życiowych planów, marzeń i wyobrażeń.

Formalności też mnie "przygniotły". Dobrze, że w ZUSie trafiłam na życzliwą urzędniczkę, bo pewnie jeszcze długo bym się z tym wnioskiem "bujała".

A kule?

Sama o nie poprosiłam i nie o wstyd, czy przełamywanie jakichś oporów tu chodzi. Te problemy już dawno za mną - od dwóch lat regularnie "posiłkuję się" laską.

Chyba po prostu miałam jeszcze nadzieję, że lekarka się obruszy, że przesadzam. Że powie, że laska mi w zupełności wystarczy... Kolejny "zimny prysznic". :-(

23:33, ju-sty-na
Link Komentarze (2) »
środa, 22 kwietnia 2009

...moje myśli. Tym.

Kiedyś chyba już to wklejałam. Nieważne.

Lepiej pójdę spać. Dobranoc!

23:50, ju-sty-na
Link Komentarze (1) »

Czy to porażka? Czy to poddanie się?

Fakt pozostaje faktem - złożyłam wniosek o rentę.

Dotarło do mnie, że nadszedł czas, by te sprawy podjąć. Póki mam siłę, by sama o to zadbać i nie obciążyć tym w przyszłości otoczenia.

Psychicznie - nieciekawe przeżycie. Odchorowuję właśnie - najbardziej chyba słowa z opinii lekarskiej: "Rokowania - złe". Niby to się wie, ale napisane jakoś bardziej do człowieka dociera. I nie jest miło.

Jest mi podwójnie niemiło - poprosiłam też lekarkę o kwity na kule łokciowe. I nie oponowała. :-((

23:17, ju-sty-na
Link Komentarze (5) »
wtorek, 21 kwietnia 2009

"Stajesz się odpowiedzialny na zawsze za to, co oswoiłeś."

Tłucze mi się po głowie to zdanie z "Małego Księcia" Antoine'a de Saint Exupery.

Tyle myśli...

Przy okazji: ciekawa strona.

23:19, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3