RSS
środa, 31 marca 2010

Zobaczcie, jakie śliczne palmy molekula mi przysłała. To na Podhalu. Super!

15:19, ju-sty-na
Link Komentarze (8) »
niedziela, 28 marca 2010

No nie! Tak nie powinno być! Ktoś "podpindolił" mi godzinę! ;-)))

Cały dzień z przerażeniem patrzę, że już TAK PÓŹNO. Chyba kilka dni minie, zanim się przyzwyczaję.

23:38, ju-sty-na
Link Komentarze (2) »
sobota, 27 marca 2010

"Ukradłam" sobie taką palmę od EWY. ;-))

Spodobała mi się.

23:12, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »

Właśnie skończyłam pisać ... scenariusz do prezentacji w PowerPoint.

Pierwszy raz w życiu!!! Spraw graficznych się oczywiście nie podjęłam, ale teksty ... czemu nie.

To był wymóg chwili, bo się okazało, że ta prezentacja jest "na wczoraj" i no, po prostu - TRZEBA!

Ważna sprawa, bo chodzi o przekonanie pewnego "dużego gracza" do objęcia patronatu nad książką. Rany! Co ja jeszcze w życiu będę robiła? ;-))

Teraz reszta w rękach grafika i oceniających projekt. Jak się uda, to napiszę więcej. Przecież porażką nie będę się chwalić. :-))

22:54, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »
piątek, 26 marca 2010

Wklejam link do wpisu na blogu Gosi - dzielnej mamy nastolatki (chyba osiemnastka w tym roku), chorej od urodzenia na mózgowe porażenie dziecięce.

Gosia ma wiele trafnych, według mnie, spostrzeżeń. Zgadzam się z nią właściwie w 100%. Wklejam, bo chcę, żebyście też to przeczytali.

00:10, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 marca 2010

Upiększenia porobione, podejrzanie siwe odrosty też zlikwidowane. ;-)

Siwa wprawdzie pisze, że "Siwizna fajna ;)", ale ja tam jeszcze trochę wolę się "poukrywać". ;-))

Ale fakt! Pamiętam moment, kiedy moja Babcia przestała farbować włosy i "pokazała światu" naturalnie siwe. Piękne były, srebrzyste i bardzo gęste. :-)

Trochę zbyt gwałtowny dla mnie ten przeskok temperatur i mój organizm się dziwi. Adam też ma przechlapane w tym czasie, bo on jest alergikiem, a "pyłki" szaleją. Psika, prycha i nosem pociąga - naprawdę biedny jest. :-( Od wielu lat "coś tam" wciąż próbujemy z tym robić, ale na dłuższą metę ze średnim skutkiem.

Kocice są coraz mniej domowe, a coraz bardziej podwórzowe. Znikają na coraz dłużej, nawet w nocy chcą wychodzić, szczególnie w nocy. ;-)))

Są wysterylizowane, więc "bezpieczny seks" uprawiają. Miauczący adoratorzy co rusz jakiś koncert pod naszymi oknami serwują. Śmiesznie to się obserwuje. Radości sporo takie zwierzaki dają. Moi Rodzice są wprost zauroczeni. A jak te nasze "małpiszony" potrafią się przypodchlebiać, ocierać, mruczeć, przytulać… No i jak tu takiego opieprzyć na przykład, że zniszczył kwiatka?

23:43, ju-sty-na
Link Komentarze (2) »
środa, 24 marca 2010

Przede mną popołudnie pod znakiem pindrzenia się i dopieszczania: manicure, pedicure, rwanie wąsików (aua!!!). A jutro rano fryzjer - rozjaśnianie odrostów, żeby nikt mnie o siwiznę nie podejrzewał. ;-)) I słońce świeci. Fajnie tak z wiosną.

Niedługo wybywam. Cześć.

16:33, ju-sty-na
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 22 marca 2010

Kilka dni temu napisałam komentarz do wpisu Ethel. Nie zawsze i nie we wszystkim się z nią zgadzam, ale to nie przeszkadza mi uważać Jej za mądrą kobitkę i bardzo lubić. :-))

Temat tego wpisu nie może mi wyjść z głowy i w tej kwestii zgadzam się z Ethel w 100%. I szczerze podziwiam Ją za konsekwencję. Tym bardziej, że sama wiem, jak trudno o zapał, wiarę i optymizm, gdy po drodze ... bywa różnie. :-(

Zniechęcenie, odpuszczenie sobie, rezygnacja - to chyba najbardziej niepożądane objawy w takiej sytuacji, jak nasza. Wielokrotnie już się z tym zmagałam i na pewno nie raz jeszcze będę. Wykrzesać z siebie samodyscyplinę i wiarę, że będzie dobrze jest naprawdę trudno.

Po latach chorowania - w moim przypadku na razie nie tak cężkiego, jak u Ethel - coraz bardziej dochodzę do wniosku, że najważniejsze w chorowaniu jest NIE ODPUSZCZANIE SOBIE. Nie można z siebie rezygnować, mówić czy myśleć, że już nas nic dobrego nie czeka - "bo choroba", że nasze życie się skończyło - "bo choroba". Choroba to nie jest koniec świata! Końcem naszego świata będzie dopiero ... śmierć. To jest faktyczny koniec. (Świadomie i z premedytacją pomijam tutaj sprawy wiary, bo nie to jest tematem).

A póki żyjemy, nie tłumaczmy się, że czegoś nie robimy "bo choroba". (Nie mówię tu oczywiście o obiektywnych niemożnościach fizycznych.) Przyznajmy się, przede wszystkim sami przed sobą, że to z powodu lenistwa często rezygnujemy, bo nam się nie chce, bo trudno nam się do czegoś zmusić, zmobilizować... Że wygodniej jest przywołać kogoś z rodziny czy opiekunów, niż samemu się obsłużyć. Że odpuszczamy sobie, bo nam się nie chce - ćwiczyć, chodzić, pokonywać swoich słabości. Bo tak łatwiej. I czekamy na cudowny lek. Marzymy, by łyknąć tabletkę i biec dalej. A sami - jesteśmy bierni, wycofani, często roszczeniowi, "bo choroba"...

Choroba nie może być wytłumaczeniem wszystkiego, co dzieje się w naszym życiu.

Znacie powiedzenie "Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma"? Mówimy na przykład:

• Gdybym mieszkała w X, to chodziłabym na koncerty, do kina, do muzeów i wtedy na pewno miałabym ciekawe życie.

• Gdybym mieszkała w Y, to chodziłabym na długie spacery i wtedy na pewno nie byłabym gruba.

• Gdybym była ładniejsza, to miałabym fajną pracę, przystojnego męża i wtedy na pewno byłabym szczęśliwa.

• Gdybym była zdrowa, to ... świat by do mnie należał!

Złudzenie, iluzja. Mamimy się tym. Szkoda czasu i energii. Iluż ja znam ludzi, którzy np. wierzyli, że jak przeprowadzą się za granicę czy do dużego miasta, to wszystko odmieni się, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki!

UMIESZ LICZYĆ, LICZ NA SIEBIE! - Jak ja rozumiem te słowa?

Póki sami ze sobą nie dojdziemy do ładu, nie określimy swoich celów i priorytetów, nie poukładamy swojego życia wewnętrznego, nie dopuścimy do siebie realiów - choroby, możliwości finansowych, niezgrabnych nóg czy na przykład ... krzywych zębów, będziemy się miotać.

Zaakceptujmy siebie z wszystkimi swoimi niedoskonałościami (zdrowotnymi też) i starajmy się maksymalnie wykorzystać to, co mamy. "Nikt nie jest doskonały", za to w każdym jest coś fajnego. Eksponujmy to, wyciągajmy na światło dzienne, rozwijajmy to FAJNE w sobie.Pracujmy nad sobą, nad swoją konsekwencją i determinacją, by maksymalnie wykorzystać to, co mamy.

Sorry! Wpadłam w mentorski ton, ale czułam, że chcę to wyartykułować i poukładać - dla siebie też. Bo i u mnie z motywacją różnie bywa. Musiałam się "zagrzać" do boju. A może i Was trochę przy okazji "zagrzałam"? :-))

23:33, ju-sty-na
Link Komentarze (3) »
niedziela, 21 marca 2010

Zmorka przywołała mnie tutaj. Chyba myślami też. Komentarz przywołujący mi napisała. ;-)

A ja właśnie kończyłam wydawać pieniądze w internecie, a potem chciałam tutaj się pojawić. Zakupy poczynione (trochę drobnych prezentów na Święta) i oto jestem. :-))

Zaje… fajny tydzień miałam! Pracowo dużo spraw popchnęłam. Fakt, że musiałam przysiąść, ale naprawdę sporo zrobiłam. Jestem zadowolona. Oby teraz to się na dobrą kaskę przełożyło. :-)

Zdrowotnie? - szału nie ma. :-( Zaniedbałam się z gimnastyką i ... od razu to czuję. :-((

Cholerka, muszę wrócić do "katowania"! Może jakby za to płacili, to speeda większego bym miała, bo ja trochę taka "intereśna śtuka" jestem. ;-))

A tak serio - pozimowa kondycja faktycznie mi szwankuje. :-( Ale ja się nie dam!

O kontynuację leczenia Copaxonem nadal walczę. NFZ się na mnie "wypiął". Z ich odpowiedzi na moje pismo wynika, że lekarze powinni wiedzieć, że jak nie ma pieniędzy, to się nie zapisuje ludziom leczenia. A jak zapisują, to niech oni się przed chorym tłumaczą. Czyli typowa "spychologia stosowana". Co z tym dalej zrobić, chyba będzie musiał podpowiedzieć mi prawnik, bo ja tego tak nie zostawię!

A ja wierzyłam, że jak mam na piśmie zalecenie kontynuacji leczenia, to sprawa jest załatwiona. Oj, naiwna, naiwna jak ... dziecko. :-(((

Na następne tygodnie mam dużo planów. Z wiosną jakoś więcej się chce. To chyba najpiękniejsza pora roku. Uwielbiam ten czas, kiedy dni są coraz dłuższe… Aż się rozmarzyłam…

Dobranoc Wam. :-)

00:38, ju-sty-na
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 15 marca 2010

No wreszcie! Skończyłam dzisiejszą pracę. 12 godzin z małymi przerwami. :-( Bez odpoczywania, spania czy polegiwania. W sumie rekord ostatnich miesięcy. I nawet jestem jeszcze jako tako przytomna. ;-)

Typowy przykład, że jak trzeba, bo "nóż na gardle", to człowiek duuuuużo może. Ani nie czuje się chory, ani zmęczony. Jakoś to wszystko sprawnie idzie... ;-))

Ironizuję trochę, ale coś w tym jest. Dlatego tak ważne żeby, póki choć trochę dajemy radę, nie odpuszczać. Myślę, że nie tylko pracy to dotyczy. Dla Ethel jest to na przykład pieczenie chlebów, słodkości i krzątanie się wokół "domowego ogniska", dla Sowy - zwierzaki, które ją "w pionie" trzymają, dla innych ... na przykład "prace ręczne", czyli szycie, szydełkowanie czy robienie na drutach.

Tyle moich przemyśleń z bardzo pracowitego dnia. A teraz ... LABA!!! ;-)))

21:58, ju-sty-na
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2