RSS
środa, 30 listopada 2011

Uff… Przez większość dnia nie było mnie w domu. Zbiegły mi się dziś terminy dwóch spraw – wizyta u neurologa i kosmetyczka. Tego drugiego nie mogłam przełożyć, bo to taki nasz domowy rytuał – razem z mamą jedziemy raz w miesiącu upiększać się: manicure, pedicure i kosmetyczka właśnie – więc nie chciałam zawieść rodzicielki. Gdyby tylko mnie to dotyczyło odpuściłabym, bo część "medyczna" wystarczająco dała mi w kość. Ale udało się "obsłużyć" wszystko.

U neurologa – rutynowa przeglądówka i sporo pochwał związanych z moim wygimnastykowanym po rehabilitacji ciałem. Pani doktor była naprawdę pod wrażeniem. ;-))

Zgłosiłam Jej też coś co mnie od wczoraj niepokoi – ból policzka promieniujący do szyi i do ucha. Znający temat domyślają się pewnie czego się boję – nerw trójdzielny. :-(( Nie miałam dotąd tego rodzaju dolegliwości. Póki co dostałam przeciwbólowy Ketonal, Metypred (steryd niestety), który mam zacząć brać gdyby się rozwijało, i zostałam zobowiązana do zrobienia jak najszybciej panoramicznego zdjęcia górnych zębów. Podobno korzenie zębów połączone są jakoś tam z nerwem trójdzielnym, więc może tu jest przyczyna, tym bardziej, że mam lekko opuchnięty policzek, a zapalenie nerwu trójdzielnego ponoć obrzęku nie daje. Jutro rano robię więc panoramę (ale nie racławicką ;-)) ).

A teraz idę spać, bo lada moment nosem w klawiaturę zaryję ze zmęczenia. Bye!

23:10, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 listopada 2011

Odpowiadałam na komentarz etheli i przypomniało mi się zdjęcie, które kiedyś bardzo mnie zirytowało. Z jakiegoś konkursu fotograficznego organizowanego przez PTSR. Pomyszkowałam po internecie i znalazłam, mimo że to sprzed kilku lat:

Właśnie tak nie chcę! Czekanie na idealne okoliczności nie ma sensu, bo one prawdopodobnie nie nadejdą. I po co tracić cenny czas.

15:12, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 listopada 2011

Dziś spokojniej. Przynajmniej w pogodzie.

Pomarudzę jeszcze trochę w nawiązaniu do wczorajszej notki. Rozżaliłam się nieco. Z kilku powodów. Po pierwsze – jak w lipcu leżałam w szpitalu tak właśnie się czułam, jak opisałam – "nieinteresująca" – ale może to nie przez postawioną już diagnozę, ale np. przez mój wiek albo wygląd. ;-)) Po drugie – znajomi ze szczerego serca i naprawdę w dobrej wierze podrzucają mi co i rusz jakieś "cudowne" terapie, które "na pewno wyleczą". Wczoraj kolejny kolega z tym wyskoczył. Yyy… Ja już nie mam na to siły! Czegoś tam próbowałam, coś odpuściłam, nad czymś płakałam…, bo to są zawsze wielkie emocje, bo to "coś" a nuż pomoże, bo może trzeba w to wejść, bo może będę żałowała, że nie skorzystałam i tak dalej. A za każdym razem trzeba się przebić przez "peany na cześć", ochy i achy "uzdrowionych" i nie stracić przy okazji własnego zdrowego rozsądku. To DRUGIE tym bardziej nas dotyczy, im bardziej czujemy to PIERWSZE. Dlatego tak ważne jest to poczucie "zaopiekowania". Potrzebujemy przewodnika, mentora, kogoś, kto przeprowadzi nas przez "chaszcze" (słowo zaczerpnęłam od Jeżowej ;-)) ), a nie wyśle nas samych przez "pole minowe".

I po kolejne – widzę po notkach, jak miota się Ania, której szczerze kibicuję. Ania próbuje i medycyny tradycyjnej, i alternatywnej: typowych farmaceutyków, suplementów, ziół, olejów… Ostatnio rozważa temat homeopatii. Taki syndrom "Niech coś się dzieje!" – oj znam to, znam bardzo dobrze. :-(( Kurczę! Hungarystka raczej nie tym powinna się zajmować. Echhh…

20:23, ju-sty-na
Link Komentarze (20) »
niedziela, 27 listopada 2011

… względem ilości notek w ciągu dnia. ;-))) Czyżby "kac blogotwórczy"? ;-)))

21:53, ju-sty-na
Link Komentarze (2) »

W każdej chorobie lubimy czuć się "zaopiekowani" – przez bliskich, znajomych i oczywiście przez lekarzy. Przy chorobie przewlekłej i uznawanej za nieuleczalną tym bardziej.

Gdy choroba trwa nie tydzień jak katar, ale wiele lat, to poczucie opieki i zainteresowania ze strony służby zdrowia jest szczególnie potrzebne. A nie jest ono regułą, niestety. Rzeczywistość skrzeczy. Nie chcę tu pisać o reformach, niedofinansowaniu, limitach, kolejkach… Nie, nie o to chodzi.

Jako pacjent widzę to tak: Zanim mnie zdiagnozowano czułam o wiele większą troskę i zainteresowanie ze strony lekarzy niż po diagnozie. Potem nagle przestałam być "interesująca". :-(

"Przecież Pani ma SM!"

No i co z tego? Czy to znaczy, że mnie już nie ma? Że mam kupić trumnę i spać w niej czekając na śmierć? Czy SM tłumaczy wszystko? Łącznie z dziurą w zębie i kamieniami w nerce. ;-((

Tak, mam SM, ale nadal, a nawet jeszcze bardziej potrzebuję "zaopiekowania": fachowej podpowiedzi co dalej i informacji, co może mi zaoferować współczesna medycyna. Nie jestem lekarzem tylko pacjentem i nie chcę studiować medycyny, żeby się tego dowiedzieć. Ani tym bardziej bazować na wiedzy z internetu. A często tak to wygląda, że sami szukamy informacji, dokształcamy się, żeby zrozumieć naszą chorobę i potem snujemy mniej lub bardziej amatorskie wywody na ten temat. A ja tak nie chcę! Mam wystarczająco dużo roboty z chorowaniem, więc resztą niech się zajmą fachowcy. :-))

21:43, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »

"Mi nie jest gorzej, jest po prostu inaczej." – napisała ethela w komentarzu do mojego wpisu. Ja jakoś nie potrafię przekonać się to tego "inaczej". Pewnie dlatego, że nigdy nie fascynowały mnie prace domowe. I zawsze były dla mnie na którymś tam, odległym miejscu. Bo ile można zajmować się domem, sprzątać, prasować, gotować? Według mnie tyle, żeby nie obrosnąć brudem i nie umrzeć z głodu, ale rozumiem i szanuję, że są ludzie, którzy właśnie w takich działaniach się spełniają i czerpią z nich prawdziwą radość. Ja nie.

19:34, ju-sty-na
Link Komentarze (4) »

Sama już nie wiem, co mnie dziś rozkłada. Snuję się jak dusza potępiona i wszystko mnie wkurza.

Ale halny? U nas? Na zachodzie Polski? Jak zwał tak zwał, ale ciepło przyniósł i duje, że hej, ;-))

A może jednak kac? Fakt, wczoraj coś "spożyliśmy", niby bez "nadużycia" było, ale może… Hmmm… :-))

A może ani to, ani to, tylko "mechanizm obronny" przed ważnymi tematami mi się załączył? Tu mówię serio, bo ostatnio zauważam u siebie taką reakcję – oddalanie od siebie ważnych spraw i niechęć do podejmowania rozmów na ich temat. I wcale mi się moja postawa nie podoba. Chowanie głowy w piasek to metoda strusia, której zwolennikiem nigdy nie byłam. Co się zmieniło?

19:09, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 listopada 2011

Wspomniałam o tym tutaj, bo temat od jakiegoś czasu wzbiera we mnie. Maria w komentarzu napisała: "Czasami niestety lepszym wyborem jest renta." Taaak… Czasami, gdy już nie daje się rady, po prostu trzeba.

Pracowałam zawodowo 20 lat. Nie tylko "na etacie", głównie we własnej firmie. Byłam nawet pracodawcą – zatrudniałam pracowników, czyli… los kilku rodzin spoczywał w moich rękach. Zawsze miałam tego świadomość i bardzo się przejmowałam tym, że kondycja mojej firmy w prosty sposób przekłada się na kondycję finansową (i psychiczną pewnie też) innych ludzi. Gdy nadszedł taki czas, że moje zdrowie posypało się na tyle, że zaczęło to szkodzić firmie – nie byłam w stanie tak jak kiedyś tryskać energią, zarażać pracowników entuzjazmem, być uśmiechnięta, pełna werwy i pomysłów – musiałam podjąć decyzję o zlikwidowaniu działalności i zwolnieniu ludzi. Bardzo to przeżyłam, jeszcze dziś trudno mi pisać o tym bez emocji. Na zewnątrz "trzymałam fason" głosząc wszem i wobec, że przecież jedynie przenoszę firmę do domu, żebym nie musiała codziennie mobilizować się do wyjścia z domu. Ale tak naprawdę to już nie było to – zostałam tylko ja i… nazwa.

Początkowo było nawet fajnie. Podłapałam kilka zleceń na pracę zdalną. Czasami było tych zleceń wręcz za dużo równocześnie i trochę trwało zanim zrozumiałam, że już nie podołam – zdrowotnie. Organizm upomniał się o swoje i teraz już wiem, że takich maratonów przy komputerze nie mogę mu fundować. Poza tym ten rodzaj pracy zupełnie nie odpowiada mojemu charakterowi. Robię "dobrą minę do złej gry", ale tak naprawdę "uwiera" mnie to odosobnienie, bo ja lubię mieć kontakt z ludźmi, coś załatwiać, organizować. Zawsze byłam kobietą czynu, a tymczasem… telefon dzwoni coraz rzadziej. :-((

Wyżaliłam się, ale mam pełną świadomość, że "normalnie" nie dałabym rady pracować. I żałuję. Cholernie! :-((

22:35, ju-sty-na
Link Komentarze (1) »

Dziś jestem zadowolona, bo solidnie poćwiczyłam. Nie przesadnie, ale sporo. I nogi, i ręce. Z przerwami to było prawie trzy godziny. Brzmi dumnie, ale trzeba wziąć pod uwagę, że niektóre ćwiczenia są banalne i lajtowe. To nie siłownia albo aerobik. Wciąż muszę pamiętać, żeby nie przedobrzyć i nie "wyczerpać" organizmu.

No właśnie – siłownia. Wiele razy zastanawiałam się, czy Ethel chodząc na siłownię nie robi sobie krzywdy. Bo lekarze generalnie są przeciw. Ale czytając wpisy widzę, że Jej to służy, a poza tym wie, na ile może sobie pozwolić. I ludzie, którzy tam pracują, też wiedzą co robić, żeby nie zaszkodzić. Myślę, że miejsce nie "dyskryminuje" ćwiczeń i jak najbardziej można się też rehabilitować na siłowni.

Pani Doktor od rehabilitacji uświadomiła mi ważną rzecz: że ćwiczenia należy dobierać do pacjenta, a nie odwrotnie – pacjenta do ćwiczeń. A tak wielokrotnie, niestety, próbuje się robić. :-(( Prosty przykład: podwieszenie pacjenta "na linkach" do ćwiczeń w odciążeniu i równoczesne włączenie budzika na 10 czy 15 minut. A po upływie "przyznanego" czasu: "Następny proszę!"

Kolejną sprawą jest moda na określone rodzaje terapii. Ostatnio takim hitem jest PNF. To skuteczna i fajna metoda (też ze mną tak ćwiczono), ale na pewno nie dla każdego pacjenta. Bo wymaga ścisłej współpracy z rehabilitantem i jego czynnego, fizycznego zaangażowania.

Myślę, że podstawą każdej rehabilitacji jest uświadomienie sobie co chcemy i najważniejsze – co MOŻEMY osiągnąć. A jak to zrobimy, to już inna sprawa, bo obojętnie czy wykorzystamy ATLAS na siłowni czy kamień z pola osiągniemy taki sam efekt – wzmocnienie mięśni.

Pewnie dla "rzeźbiarzy", "masarzy" (od: "rzeźba i masa") czy fitnessowców to herezja, ale z mojego – pacjenta – punktu widzenia tak właśnie jest.

Wprawdzie nieraz żałuję, że nie mam pod nosem super wyposażonego i stosującego najnowsze metody gabinetu fizjoterapii albo czynnej od świtu do nocy siłowni z "wypasionym" sprzętem, ale tak naprawdę WIEM, że najważniejszy jest EFEKT. I jeżeli JA o niego nie zawalczę, to efektu nie będzie. Proste, prawda?

A nieraz takie trudne. Nie dalej jak wczoraj. :-(

17:54, ju-sty-na
Link Komentarze (2) »
wtorek, 22 listopada 2011

Jakoś "rozmemłał" mi się ten dzień, mimo że zapowiadał się fajnie. Nie do końca był taki, jak bym chciała. Chyba kolejny raz za wysoko postawiłam sobie poprzeczkę i głupio rozłożyłam siły. Moje intensywne przedpołudnie rzutowało na resztę dnia. Musiałam odpocząć, odespać, a i tak nie miałam już potem energii, żeby zrobić wszystko co zaplanowałam. Nie ćwiczyłam, nie ogarnęłam papierów, nie zadzwoniłam w kilka miejsc… W zamian przejrzałam wiadomości w internecie, poczytałam blogi, coś tam w Googlach poszukałam – czyli poszłam na łatwiznę. :-(( I teraz zła jestem na siebie, że "leń" mnie pokonał. Echhh…

I jeszcze jedno: Coraz dotkliwiej odczuwam brak zawodowej pracy. Nie jest dobrze nie pracować, nie mieć stałych obowiązków w konkretnych, powtarzalnych godzinach. Praca dyscyplinuje i człowiek nie może sobie pozwolić na "rozmemłanie". A tak zawsze znajdzie się jakiś pretekst, żeby czegoś nie zrobić i czas przecieka przez palce. A potem jestem niezadowolona, o! :-((

23:58, ju-sty-na
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3