RSS
wtorek, 30 listopada 2010

Czytam, że aktorka zmarła po długiej chorobie nowotworowej. A zaczęło się od raka piersi.

Właśnie dziś byłam na USG piersi. Kontrolnym, bo coś tam "niejednoznaczne" w poprzednim badaniu wyszło. Uff… Jest okey.

Czytając przed chwilą o Kownackiej, którą bardzo jako aktorkę lubiłam, pomyślałam, że jestem wielką szczęściarą.

22:02, ju-sty-na
Link Komentarze (1) »
niedziela, 28 listopada 2010

Za tydzień jadę do sanatorium i powoli zaczynam wyciągać z szaf wszystko co «niezbędne». Nie lubię szykować się do wyjazdów. Nie umiem zdecydować się, co zabrać, a z czego zrezygnować. Zazwyczaj za dużo ciuchów napakuję i wielu w ogóle nie założę, ale przecież «może się przydać».

W rodzinie Adama do historii przeszło takie zdarzenie z czasów, kiedy on i jego brat byli kilkuletnimi chłopcami:

Na wczasy jechała cała familia: babcia, dziadek, mama, tata, dzieci. Nic więc dziwnego, że walizek, toreb i tobołków było co niemiara. Mój Teść, człowiek małomówny, spokojny i zdystansowany, popatrzył na cały ten majdan i wskazując palcem powiedział: "Te walizki biorę, tych nie biorę", po czym zabrał upatrzone bagaże i nie bacząc na krzyki i "jazgot" kobiet wyszedł z domu. Oczywiście de facto wszystkie pakunki pojechały z nimi, ale co "baby" podenerwował, to jego. :-))

Ech, fajnego miałam Teścia! Niedawno minęła szósta rocznica Jego śmierci. Jak ten czas leci!

22:46, ju-sty-na
Link Komentarze (1) »

Treść ofert na Allegro bywa zabawna. Trafiłam przed chwilą na taką: "Wysokie saszki na kaczuszce". Mój mąż, spytany, czy się domyśla o co chodzi, zrobił wielkie oczy. Niedawno molestowany przeze mnie, jak rozumie określenie "duży, mięsisty pers" stwierdził, że pewnie chodzi o perskiego kota. Dla niedomyślnych - chodziło o dywan perski. Pierwszego kobitkom raczej tłumaczyć nie muszę, ale może facetom: chodzi o rodzaj butów na charakterystycznym obcasie.

00:08, ju-sty-na
Link Komentarze (1) »
piątek, 26 listopada 2010

Kilka słów dla "niewtajemniczonych":

Pierwsze objawy SM miałam 23 lata temu. Czyli choruję wiięcej niż połowę mojego życia! Mówcie mi "babciu". ;-))) "Wylosowałam" wersję light, długo mogłam pracować i w miarę normalnie funkcjonować. Jednak od kilku lat choroba coraz bardziej daje mi się we znaki. Najgorzej jest z chodzeniem. Kilka kroków - nie ma sprawy - nawet bez jakiegokolwiek podparcia, dalej - z laską, kulą, balkonikiem czy ramieniem męża. Ale to «dalej» to maksymalnie kilkaset metrów, więc jak tu na przykład zrobić zakupy? Albo na długi spacer iść?

Wciąż miałam nadzieję, że to przejdzie i że wrócę do całkiem normalnego chodzenia. Czas upływał, a mnie to ograniczenie coraz bardziej wkurzało. Nie wszystko da się załatwić przez internet albo osoby trzecie. Nieraz trzeba samemu, choćby dla komfortu psychicznego. Stwierdziłam w końcu, że nie ma na co czekać, bo lepiej będzie albo nie będzie, że szkoda czasu marnować i… kupiłam wózek. O NFZetowych formalnościach i procedurach pisać nie będę, bo powieść-rzeka by z tego wyszła. Finał jest taki: mam wózek inwalidzki, ręczny, lekki i zwrotny, dobrej firmy (nie napiszę jakiej, bo za reklamę mi nie płacą ;-) ), dosyć "wypasiony", dostosowany do mojego wzrostu i wagi, czyli "na miarę".

I wreszcie mogę swobodnie robić zakupy w marketach!!! :-) Nie muszę się już bać, że się przewrócę albo zatoczę na kogoś lub na coś. Nie muszę opracowywać sobie w głowie "marszruty", mogę bezkarnie się powłóczyć, pozwiedzać, pooglądać… Jedyne, co mnie wkurza, to że niektóre półki są tak wysoko, że głowę muszę zadzierać. Ale za to bez problemu widzę, co jest na tych najniższych. ;-)) I na długie spacery mogę się wybrać - jadę lub idę - mam alternatywę.

Nie jestem psychicznym herosem i jakoś temat wózka musiałam "oswoić". Niektórzy z zaglądających tutaj wiedzą, że myślałam o tym zakupie już długo. I chyba właśnie dlatego, że był to zakup jakoś tam przemyślany i zaplanowany, przeszłam przez to właściwie bezstresowo, po prostu - usiadłam i pojechałam. Psychicznie nie obeszło mnie to zupełnie. Wózek? Ot, urządzenie, które ma mi pomóc w funkcjonowaniu.

21:56, ju-sty-na
Link Komentarze (1) »

Moja blogowa przerwa była też dlatego, że musiałam w ekspresowym tempie pokończyć kilka prac za pieniądze, a tych, jak wszyscy wiemy, nigdy za dużo. :-) "Blog w sosie własnym" - Adam chyba by mnie zabił za taki obiad. A śmiechem to już na pewno. ;-)

Skończyłam, oddałam i teraz czekam na to najprzyjemniejsze – kasę!!! Aż przedreptuję, bo już kilka zakupów z internetu się do mnie uśmiecha. Coraz szerzej się uśmiecha… :-))) Muszę się trochę obkupić, bo w grudniu jadę z koleżanką do sanatorium, wracamy dopiero na święta. Naszych mężów straszymy, że będą musieli sami te święta przygotować. ;-) A prawda jest taka, że i u nich, i u nas na szczęście są Kochane Mamy, które nie pozwolą im "zginąć".

Co jeszcze? Oj dużo, ale o tym… "w następnym odcinku". Może jeszcze dziś.

17:40, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »

Tak mogę podsumować moją blogową nieobecność. Nie pisałam tutaj, ale sporo "internetówki" (kiedyś robiło się prasówkę ;-) ) sobie aplikowałam. Wpadałam na zaprzyjażnione blogi, patrzyłam co u wirtualnych znajomych, czytałam komentarze, zerkałam na fora rozmaite, śledziłam dyskusje, nieraz bardzo zażarte, inne niekulturalne czy wręcz chamskie … Oj sporo, sporo mam przemyśleń. A główna refleksja? Internetowa "anonimowość" obnaża ludzi. Schowani za nickiem, bez zahamowań wyrzucają z siebie, co im leży "na wątrobie". Szczerość to cenna cecha, ale nie na oślep i bezrefleksyjnie. Dokopać innemu - to częsty priorytet. Skąd w ludziach tyle napastliwości i bezinteresownej złośliwości? Może to truizm, ale napiszę: O człowieku świadczy to, jak traktuje innych ludzi. I nieważne czy zgadza się z nimi, czy nie zgadza. Nawet przeciwnikowi z drugiej strony barykady należy się szacunek.

Myślę, że wielu piszących w internecie o tym zapomina. A może w sieci obowiązują inne zasady, a ja "przedpotopowa" jestem?

17:00, ju-sty-na
Link Komentarze (3) »