RSS
piątek, 25 lutego 2011

Jak daleko możemy posunąć się w egzekwowaniu swoich potrzeb? Kiedy zaczyna to już być egoizm i wykorzystywanie innych?

Pytanie zadane przez niewidomego o numer nadjeżdżającego autobusu na pewno nie jest egoizmem, ale według mnie jest nim na przykład wołanie o podanie czegoś do picia przez rozpartego na kanapie nastoletniego "byczka", bawiącego się właśnie komórką lub telewizyjnym pilotem.

Bywa, że choroba, zwłaszcza przewlekła, nasila w nas mało chwalebne cechy - właśnie egoizm, lenistwo czy wygodnictwo.

Bo my "tacy biedni, przez los skrzywdzeni, więc za nas wszystko trzeba zrobić, załatwić, zorganizować..." Stąd już niebezpiecznie blisko do roszczeniowości w rodzaju "Bo mi się należy!". Aha, jeszcze "trzeba" znaleźć winnego i mu dowalić. Najbardziej pod ręką są najbliżsi, więc walimy w nich bez opamiętania, na zasadzie "bo mi jest źle, to niech im też będzie". I jest im źle! Budzimy w bliskich poczucie winy, chęć pomocy za wszelką cenę, często za cenę ich spraw i ich osobistego życia. Owszem - osiągamy to, co chcemy - jesteśmy "najważniejsi", jesteśmy "słońcem", wokół którego kręcą się planety. Ale jakim kosztem? Też zdarzyło mi się tak parę razy "pojechać". Wstyd mi do dziś.

Bliscy i tak na co dzień "chorują" razem z nami. Oni cierpią, gdy widzą swoje chore dziecko, matkę czy żonę. Przeżywają, choć starają się tego nie okazywać. Boją się tak jak my. Nie bądźmy egoistami. Nie bądżmy emocjonalnymi i psychicznymi szantażystami. Nie dokładajmy im.

20:52, ju-sty-na
Link Komentarze (6) »
środa, 23 lutego 2011

Trochę "kuszę" po nocy. Dopiero niedawno skończyłam sprawy zawodowe. Zawsze tak miałam, że najlepiej pracowało mi się wieczorami i w nocy. Jak chodziłam do szkoły, rodzice się śmiali, że powinnam pracować jako bileterka w kinie na wieczornych seansach. ;-))

Taka sowa ze mnie.

01:34, ju-sty-na
Link Komentarze (2) »

No i w sumie do kosmetyczki w poniedziałek nie dotarłam, bo... lenia miałam. Spojrzałam na termometr i stwierdziłam, że jestem wystarczająco śliczna. ;-)) Chyba poczekam aż ta "arktyka" sobie pójdzie. Ja jednak jestem bardziej ciepłolubna.

A słońce robi "w konia" nasze kocice. Tak fajnie już grzeje przez szyby, że myślą, że jest ciepło. Wychodzą pewne siebie, a za chwilę konsternacja i w tył zwrot. :-))

Kurczę! Właśnie słyszę z parteru, jak moja Mama kaszle. Niepokoję się trochę o nią, bo nie może się pozbyć tego kaszlu już długo. Na zdjęciach rentgenowskich płuca są w porządku, osłuchowo też. Była przeziębiona, brała dwa różne antybiotyki, bo pierwsze "nie chwyciły". Minęło już ze trzy tygodnie, a kaszel nie mija. Może coś podpowiecie? Miał tak ktoś?

Mój szwagier już wyszedł ze szpitala po usunięciu wyrostka. Robili mu to laparoskopowo, więc goi się "jak na psie". Fajnie, że nie musieli go ciąć, bo to jednak duża różnica w szybkości dochodzenia do zdrowia.

A propos: Dawno, dawno temu, jak metoda laparoskopowa dopiero raczkowała, robiłam znajomemu lekarzowi korektę jego pracy doktorskiej. Pisał właśnie o tym, a dokładnie o usuwaniu pęcherzyka żółciowego (bo "woreczek żółciowy" mówi się tylko obiegowo, a to jest niefachowe określenie - tak mnie wtedy uświadomił ;-)) ). I nie chcielibyście, żebym opisywała szczegółowo, jak to się robi. :-))) Brrr... Podziwiam odporność lekarzy!

01:20, ju-sty-na
Link Komentarze (2) »
niedziela, 20 lutego 2011

Wypada mi od czasu do czasu choć na chwilę się tutaj pojawić. Ostatnio jakoś nie po drodze mi było. Wcześniej pisałam, że mój siostrzeniec przyjechał, potem były moje urodziny, trochę przeziębień w rodzinie, terminowej pracy sporo i ani się spostrzegłam, a już ostatni tydzień lutego.

Kilka dni temu mój szwagier "z marszu" trafił na stół operacyjny - wyrostek robaczkowy. Nagle, "ni z gruszki, ni z pietruszki". Okazuje się, że i tak się zdarza. Już wszystko w porządku, dobrzeje, ale podobno jeszcze dzień, dwa i mogłoby dojść do zapalenia otrzewnej. Uff...

Przed chwilą skończyłam oglądać zdjęcia z urodzin mojej koleżanki z liceum, na których byliśmy kilka tygodni temu. Uświadomiłam sobie, że znamy się... 31 lat. Rany! - niektórzy czytelnicy mojego bloga mniej lat mają. Szok! A nam wciąż głupoty w głowie. Sporo z tych fotek jest baaardzo niepoważnych. ;-))) Dostojnymi matronami raczej nie jesteśmy.

Dawno o SM nie pisałam. No cóż - jest. :-(( I "w d_pę" mi daje. "Mądre głowy" mówią, że choroba (która mi towarzyszy już 24 lata) z postaci rzutowo-remisyjnej (czyli nagłe pogorszenie, a potem wycofanie się objawów) przeszła w postać wtórnie postępującą, czyli generalnie nie mam rzutów - nagłych zaostrzeń, ale to, co już jest "zepsute" psuje się coraz bardziej. Już się nie cofa, ale postępuje i dokładają się do tego nowe objawy. Jestem coraz bardziej sztywna i coraz słabsza. No, po prostu tak jest! Ale doszłam do wniosku, że to nie powód, żeby obnosić się z pretensjami do całego świata i z nieszczęśliwą miną i psuć humor sobie i wszystkim wkoło. Bo to i tak nic nie da, a tylko atmosferę zepsuje. Po co? Mam dni lepsze i gorsze. Zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Ale tak przecież wszyscy mają - zdrowi też! I jakoś staram się tak "lawirować", żeby te dobre wykorzystać, a złe jakoś przepękać. Póki co metoda jest w miarę skuteczna.

Jak zaczęłam pisać, to zaraz mi się różne rzeczy przypominają. Chciałabym i o tym, i o tym... Ale już dosyć póżno, a ja chcę się jeszcze wykąpać, bo jutro do kosmetyczki i chcę być "piękna". ;-))

To może umówmy się tak: postaram się częściej coś tutaj skrobnąć, bo trochę mi się tematów nazbierało. A na dziś tyle. Bye, bye.

23:52, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 lutego 2011

Hurra, hurra...!!! Mój siostrzeniec (i chrześniak) skończył studia. Pozdawał wszystko, co miał pozdawać i teraz trochę u nas postacjonuje. Pewnie z tydzień. To niesamowite, jeszcze niedawno bawił się klockami, a teraz dorosły chłop. Ja, ciotka Justyna, jestem z niego baaardzo dumna! :-)

16:53, ju-sty-na
Link Komentarze (2) »
czwartek, 03 lutego 2011

To się wiąże trochę z moim wcześniejszym wpisem - o łakomstwie.

Trafiłam na taką nazwę: CUKIERNIA POD MOTYLEM i rozśmieszyło mnie to do łez. Znacie hasło "Motylem byłam, ale utyłam"? Od razu z tym mi się skojarzyło. Chyba właściciel nie do końca pomyślał, co sprzedaje. Oczami wyobraźni już widzę takie pulchne, "puszyste" motylki. :-)))

15:48, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »