RSS
niedziela, 30 stycznia 2011

W zasięgu mojego wzroku stał słoik nutelli i to był błąd, bo musiałam ;-) sprawdzić co jest w środku. A przecież nie można sprawdzić nie otwierając, a nie próbując to już w ogóle. Łyżeczka też niestety była pod ręką. ;-)) Aż mnie w gardle drapie od tego łasuchowania.  Silna wola wyjechała chyba na urlop. Nawet to, że nie przepadam za mleczną czekoladą mnie nie powstrzymało. Ale tak na przyszłość: Może znacie coś nutellopodobnego z ciemnej czekolady? :-))

22:38, ju-sty-na
Link Komentarze (2) »

W sumie niedziela domowa, chociaż przelotnie myślałam o jakimś kinie, ale Adam musiał przed południem jechać do pracy i nie miałam sumienia już go z domu wyciągać. Odkąd pracuje poza domem, tym bardziej lubi sobie pomieszkać. ;-)) Ćwiczę się więc w sztuce kompromisu i postawę "nic na siłę".

Za to wczoraj mieliśmy "wychodne". No cóż, koleżanka nam się zestarzała ;-(( i masochistycznie chciała to uczcić. Jedyny mankament - ona mieszka na poddaszu kamienicy, chyba trzecie piętro, a może czwarte. Cięźko było, ale wlazłam. Pocieszam się tym, że zdrowi też marudzą, że wysoko. Było fajnie, poznaliśmy nowych, sympatycznych ludzi i spotkaliśmy się ze starymi znajomymi. W sumie 8 osób na dwudziestu kilku metrach. Ale dla nas to nie pierwszyzna (Nasz rekord z dawnych lat to 25 osób na 25 metrach na 25 urodzinach Adama! Na szczęście to było latem i mieliśmy bardzo duży balkon.).

Jadłam nawet sałatkę z krabów - pierwszy raz w życiu! Początkowo nie chciałam, bo mi się to jakoś tak niezbyt kojarzy, ale dobra była, naprawdę. Aaa… a w innej sałatce zamiast gotowanego kurczaka był wędzony - rewelacyjny smak to daje. Też nie znałam.

Do domu wróciliśmy po 23 i pierwsze, na co wpadliśmy to koty w pretensjach. Podobno całe popołudnie focha miały, że nas nie ma, a potem tak natarczywie upominały się o jedzenie, jakby za chwilę z głodu miały umrzeć. Czyżby tak jak u ludzi - jedzenie kompulsywne, żeby stresa zajeść? Po naszym powrocie ostentacyjnie położyły się tyłem do nas - obrażone księżniczki. :-)))

20:13, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »
sobota, 29 stycznia 2011

Czyli typowo po mojemu. ;-) Nadgoniłam pracowe sprawy i przez weekend będę się bezkarnie lenić. Jutro (a właściwie już dziś) do koleżanki na urodziny, a w niedzielę… jeszcze nie wiem, ale na pewno coś się wymyśli. Dużo od pogody zależy. A za chwilę pod przysznic i do łóżeczka. Dobrej nocy i miłych snów. ;-)))

00:32, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 stycznia 2011

Rozmemłana jestem ostatnio i nic mi się nie chce. A robota wzywa. Uśmiecha się do mnie zalotnie i macha łapką: "Zrób mnie! Zrób mnie!". A ja jej na to: długie spanie, jakaś książka, może i druga, potem internet, maile, telefony zaległe i tysiące spraw absolutnie nie cierpiących zwłoki.

Czy tylko ja tak mam, że jak coś muszę zrobić, znajduję worek pretekstów, by to jak najbardziej odwlec?

A potem na szybko, nerwowo i na ostatni moment. Jestem niepoprawna! Myślałam, że jak skończę szkoły to się zmienię, ale gdzie tam.

Ale jak już się zawezmę, to "nie liczę godzin i lat", siedzę tak długo aż zrobię.

00:16, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »
piątek, 21 stycznia 2011

Od początku roku rozpędzam się, ale jakoś ciągle na "pół gwizdka" działam. To chyba dlatego, że po sanatorium od razu wdepnęłam w świętowanie: Boże Narodzenie, Sylwester, a potem  jeszcze Trzech Króli. Rozleniwiłam się konkretnie i teraz mam kłopoty z mobilizacją. Ale powoli nabieram "wiatru w żagle". Mam sporo prac zawodowych - głównie teksty na zlecenie. Nie lubię "knotów" puszczać, więc cyzeluję, gładzę i pieszczę, a to dosyć czasochłonne. Chyba muszę bardziej "po łebkach" to robić, ale to z kolei niezgodne z moim charakterem, więc… kółko się zamyka. :-)

Dobrze wspominam Ciechocinek, dał mi energetycznego "kopa". Zdecydowanie lepiej czułam się w sanatorium "ogólnym", w którym byli ludzie z różnymi schorzeniami, niż w typowo esemowym ośrodku w Bornem. Nie wiem jak innym, ale mnie "zagęszczenie" SM na metr kwadratowy psychicznie nie pomogło. :-( Pamiętacie pewnie, jak to odchorowałam.

Co jeszcze? Zadbałam trochę o siebie: manicure, pedicure, depilacja, fryzjer… No i czekam na wiosnę, jak wszyscy. Może z wyjątkiem narciarzy. ;-)

22:54, ju-sty-na
Link Komentarze (1) »
niedziela, 16 stycznia 2011

"Szczęście nie polega na tym, co mam, ale na tym, czy jestem zadowolony z tego, co mam."

Znalazłam to zdanie w artykule o polskich amiszach - tutaj. Zgadzam się z tym, reszta jest dla mnie kontrowersyjna, ale temat ciekawy.

01:13, ju-sty-na
Link Komentarze (1) »

Nasza TAKA wróciła do domu nad ranem z tak błogim wyrazem pyska, że wszyscy mieliśmy tylko jednego rodzaju skojarzenia. ;-))) A jak się przeciągała, a jak dumnie ogon zadzierała, a jak rozkosznie mruczała…

Zdegustowana jej zachowaniem TIKA obwąchała jej "podogonie", poprychała, zdzieliła ją kilka razy łapami po pyszczku, popatrzyła z wyraźną pretensją na domowników i głośnym, ponaglającym miauczeniem wyegzekwowała otwarcie drzwi na taras. Obrażona dostojnie wyszła. Czyżby zazdrość? ;-)))

00:22, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 10 stycznia 2011

Chyba te nasze "potwory" jakieś konszachty z mocami nieczystymi mają. ;-))

Było to tak: Kocice marudziły, że może tak z łaski swojej podniosłabym tyłek i dała im kolację. Mędziły, mędziły, aż się w końcu zlitowałam. Schyliłam się, żeby postawić im pełne miski na podłodze, bo tam jest "kocia stołówka". Zwyczajowo, zanim postawimy im miski, muszą ładnie o jedzenie poprosić, tak są nauczone. Jedna robi to chętnie (TIKA), a druga się zazwyczaj ociąga (TAKA). Postawiłam już jedną miskę, druga jeszcze w powietrzu, ja wciąż schylona, no i "złożyłam się" - kolana mi się ugięły i klapnęłam na ziemię między zdziwionymi kocicami. :-)) Nic mi się nie stało, nawet mnie ta sytuacja rozbawiła, tym bardziej, że kiedyś już tak miałam, że tupnęłam nogą na kota i… znalazłam się na podłodze, bo też nogi mi się ugięły. Oj, diabełki, diabełki nasze! ;-)))

22:53, ju-sty-na
Link Komentarze (3) »
niedziela, 09 stycznia 2011

Sporo o Nim, jego chorobie i śmierci myślałam. Według mnie absolutnie nie przegrał z chorobą, przeciwnie - wygrał, bo "robił swoje" mimo choroby, bo nie epatował nią, bo traktował ją "normalnie", bo potrafił o niej mówić, jako o nieodłącznym elemencie swojego życia. I wszystkim, którzy z jakąś chorobą się zmagają, sobie też, życzę, by potrafili z nią tak żyć.

23:30, ju-sty-na
Link Komentarze (1) »
środa, 05 stycznia 2011

Już dnia przybywa! Ociupinkę, ale codziennie. Pisałam już kiedyś o tym, czego nauczył mnie mój nieżyjący teść:

Każdego dnia przybywa 1 minutę rano i 1 minutę wieczorem, czyli średnio 2 minuty dziennie. W tydzień dzień wydłuża się o kwadrans, a w miesiąc o godzinę. Są to oczywiście dane "zgrubne", ale fajnie pomyśleć, że na koniec stycznia dzień będzie o godzinę dłuższy niż w końcu grudnia, na koniec lutego o następną i tak dalej. Byle do wiosny!

21:48, ju-sty-na
Link Komentarze (2) »