RSS
piątek, 29 stycznia 2010

Siwa napisała mi co nieco o tagach. Po co są i jak działają.

Eee..., to nie dla mnie. Za dużo różnych tematów jest w moich notkach. I ważniejsza jest dla mnie sama notka, a nie jakieś tam słowa kluczowe. Zastanawiać się za każdym razem, jakie tagi wpisać? Nieee... Kiedyś już próbowałam podzielić blog na kategorie tematyczne i też odpuściłam.

Poza tym w moim blogu nie ma żadnej "wiedzy objawionej", którą koniecznie musiałby odnaleźć czytelnik.

Jakieś sztuczne nabijanie popularności i "poczytności" też mnie nie rajcuje.

Zostawiam blog w dotychczasowym kształcie. I kasuję tagi spod poprzedniego wpisu, bo rozwalają mi szablon.

23:20, ju-sty-na
Link Komentarze (1) »
czwartek, 28 stycznia 2010

Stęskniliście się za mną? Bo ja za Wami tak.

Zgodnie z powiedzeniem, że na każde smutki dobra jest praca, praca i jeszcze raz praca, zajęłam się ... pracą. :-)

To zdecydowanie zmienia perspektywę. Była praca zawodowa (dużo) i domowa (też dużo). Oczywiście odpoczynek też był. I rozrywki trochę się znalazło.

Terapia była więc wielowymiarowa. ;-)

Generalnie dobre dni, pomijając pogodę oczywiście. Od dwóch dni dosypuje u nas śniegu. :-( Na trawniku w czasie roztopów zrobimy chyba pole ryżowe. ;-)

Dzisiaj poczułam wiosnę, bo przyszły ciuchy, które zamówiłam w sklepie wysyłkowym. Już wiosenne i letnie prawie.

Po raz pierwszy zaryzykowałam też zamówienie butów - sandałków z pełnymi palcami, żebym nie zahaczała o chodniki. No i ... są dobre! Bałam się, bo to: rozmiar, tęgość, surowiec, samo wykonanie, no i wygoda przede wszystkim. Ale jest stuprocentowo okey.

Jeszcze jedno. Postanowiłam się trochę pobawić i wymienię pod tą notką kilka słów kluczowych (tagów).

Co to daje? Mam tylko jakieś mgliste pojęcie. Może mi ktoś zorientowany odpowie, bom humanistka. ;-))

23:56, ju-sty-na
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 25 stycznia 2010

... przeżyli wczoraj nasi znajomi po powrocie z wycieczki do Egiptu.

Tego akurat im nie zazdroszczę. Rejsu po Nilu już tak. ;-))

23:15, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »

Tak retorycznie tylko:

Jaki jest sens kolędy, z którą przyszedł do naszego domu osiemdziesięcioletni ksiądz-rezydent, który do parafii trafił już jako emeryt, bo na starość zamieszkał w jej pobliżu?

Podwieziono go samochodem, bo nie zdążył dotrzeć do nas "ksiądz właściwy". Nie miał nawet ze sobą kartotek parafialnych i nasze nazwiska zanotował na jakichś ścinkach papieru. Obrazki zostawił i kopertę wziął. :-) Przez chwilę się zastanawiałam, czy to nie "przebieraniec", ale był "prawdziwy". Jedna zwrotka kolędy, odklepana modlitwa, obfite pokropienie (=poświęcenie) domu, rozmowy żadnej, wsparcia duchowego żadnego, ze trzy średnioprzyzwoite kawały i ... to wszystko.

Najbardziej było mi żal Rodziców. Zwłaszcza Taty. Tak liczył na zainteresowanie, chciał porozmawiać np. o tym, kiedy będzie zrobiony podjazd do kościoła...

Kolęda czyli duszpasterskie nawiedzenie rodzin - tak to się nazywa, prawda?

22:59, ju-sty-na
Link Komentarze (2) »

Zeźlona jestem nieziemsko. Wciąż nic konkretnego, jeśli chodzi o kontynuację Copaxonu. Czekać. Ewentualnie pisać do NFZ.

A co to kogo obchodzi, że już od listopada nie dostaję leku, że w listopadzie powinnam mieć zrobione badania, a miałam w styczniu, bo wcześniej nie było już "limitów", że bez Copaxonu się pogarsza, że mam na piśmie zalecenie kontynuacji, że nie powinno być przerwy, albo jak najkrótsza, by nie pojawiły się nowe objawy - nieodwracalne. A co to kogo obchodzi!?

I po co ja głupia tak się staram, żeby jak najnormalniej żyć, żeby pracować, żeby płacić ZUS i podatki! Moje państwo ma to ... centralnie! Mnie, moje starania i moją pracę. Zamiast pomocy oferuje mi kolejki, limity i sugeruje "żebrać" i "płaszczyć się" w NFZ, że może się ulitują i w "odruchu serca" nie każą mi czekać na zalecone leczenie w nieskończoność.

Jestem rozgoryczona, zła, zdezorientowana i bezsilna. Czuję się, jakby ktoś dał mi w pysk.

20:50, ju-sty-na
Link Komentarze (6) »

Nawet, nawet... Udało mi się zrealizować weekendowe plany, więc dziś marudzenia nie będzie. ;-))

Między innymi robię porządek w książkach. Przeszło dwa lata "mieszkały" w garażu, a ja, jak czegoś potrzebowałam - bywało, że kupowałam na Allegro, bo nie mogłam się doszukać.

A tak do czytania - głównie nowości się kupowało.

Ale coraz bardziej mi moich książek brakowało, zwłaszcza jak wróciłam do prac nad redakcją i korektą tekstów.

Założenie pierwotne mieliśmy takie, że najpierw kupujemy solidne półki, a potem przenosimy książki z garażu. Życie to zweryfikowało. Półek nadal nie ma, a ja ustawiam książki w naszym "ślubnym" segmencie. Pozytyw jest taki, że przeszło połowę meblościanki mogę przeznaczyć na książki. A kiedyś ten mebel musiał pomieścić niemal całe nasze gospodarstwo.

Co otworzę kolejną paczkę, to dziwię się, że mam takie tytuły. O niektórych już nawet nie pamiętałam. Część na pewno "wyemigruje", bo się zdezaktualizowały. Część przejrzy i ewentualnie weżmie moja koleżanka, która uczy w szkole języka polskiego. Część dam znajomemu bibliotekarzowi.

Kocham książki. Te papierowe właśnie. Ale mam świadomość, że ... powoli odchodzą do lamusa. Cyfrowa rewolucja już się zaczęła i jest nieunikniona. Możemy się na to obrażać lub zaakceptować i przystosować do "nowego". Ja wybieram wariant nr 2, ale sentyment do książek, ich zapachu i pięknej formy na pewno pozostanie. I moja biblioteka na pewno też.

01:08, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 24 stycznia 2010

Trafiłam przed chwilą na ten wpis. Niby "oczywista oczywistość", ale jakże często o tym zapominamy.

01:16, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 stycznia 2010

Niby nic nadzwyczajnego, ale dla mnie owszem. :-) Wczoraj z powodu zepsutej windy musiałam wejść na ... 5 piętro. I weszłam!

Dzisiaj zakwasy w łydkach mi o tym przypominają. :-)))

22:18, ju-sty-na
Link Komentarze (4) »

Jasne, że mam! Jak zwykle dużo i w niedzielny wieczór może się okazać, że będę bardzo z siebie niezadowolona, bo niewiele uda mi się zrealizować. ;-(

Adam mówi, że za dużo naraz chcę zrobić, że nie biorę pod uwagę swojej kondycji. A potem jęczę, że nie dałam rady. Mówi, że mam mniej planować, ale robić coś systematycznie, a nie zrywami. Pewnie ma rację, ale ... ja tak nie umiem - nie ten charakter. "Akcyjność" i praca "na wczoraj" były zawsze moim sposobem funkcjonowania i to się nie zmieniło.

Choroba nie nauczyła mnie systematyczności, spokoju, nie spieszenia się... Wciąż jest we mnie niecierpliwy diabełek i niespokojny duch. Co rusz coś kombinuję, knuję i wymyślam. W CV to dobrze brzmi: "Jestem kreatywna". ;-))

I wiecie co - chciałabym, żeby to się nie zmieniło. Lubię taką Justynę. :-))

21:39, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 stycznia 2010

Wczorajszy dół zakończyłam "na mokro", czyli płaczem. Pomogło. Wam niejednokrotnie pewnie też.

Mówi się często, że płacz oczyszcza, albo "Płacz, płacz - będzie Ci lżej!" I coś w tym jest. Łzy to taki ... wentyl bezpieczeństwa.

Po oczyszczającym płaczu była równie oczyszczająca kąpiel, a potem ... zasnęłam jak dziecko.

Dziś po wczorajszym nastroju na szczęście nie ma śladu. Za to jest za mną dosyć efektywnie przepracowany dzień, jeszcze trochę zadań w planach i generalnie bardziej kolorowy świat.

Aha, głowa już nie boli, inne objawy też ustąpiły. Czyli prawdopodobnie tylko psychika tak sobie ze mną "pogrywała".

16:53, ju-sty-na
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3