RSS
sobota, 31 stycznia 2009

Jeszcze o moim chodzeniu przy pomocy laski. Tak od strony "techniczno-sprzętowej" bardziej niż psychiczno-emocjonalnej. :-)

Odpowiadam głównie Ani, ale może i innym się to przyda.

Zanim zaczęłam używać laski, przez kilka miesięcy woziłam ją w bagażniku. Oj, też nie idzie mi łatwo "dorastanie do niepełnosprawności". :-(

Pierwszą kupiłam na Allegro, taką sportową, skręcaną jak kijki do Nordic Walking, przeznaczoną właściwie na górskie wycieczki. Bezpośrednim impulsem było to, że któreś moje "zaliczenie gleby" skończyło się połamaniem palców u ręki i wreszcie przyszło mi do głowy, że może nie warto tak ryzykować.

Ale od myśli do zastosowania droga była jeszcze baaardzo dłuuuga. Powód? Psychika oczywiście!

Laska zaczęła mi się przydawać najpierw w ekstremalnych warunkach zimowych, tym bardziej, że ma specjalną końcówkę "śniegową", a przy tym, przez swoją "sportowość", była taka ... niejednoznaczna. :-)

Do dziś nieraz używam tej sportowej laski, chociaż chyba zaczyna mi przeszkadzać amortyzacja w niej - taka na sprężynkach, jak w Nordic Walking właśnie. Przez to przy zbyt mocnym opieraniu się laska wydaje mi się trochę niestabilna i "za miękka".

Mam jeszcze jedną - bardziej "klasyczną": drewnianą, z wygiętą "na okrągło" rączką, taką ... prawie babciową. :-) Jej nietypowość polega na tym, że jest bardzo cienka, a przez to delikatna i taka ... "damska". I już kilka razy pytano mnie, gdzie kupiłam "taką fajną laskę". Ale podryw! :-)))

Na krótkich odcinkach chodzę bez laski, ale gdzieś dalej raczej ją biorę. No chyba, że idę z kimś pod pachę. Ale na przykład w sklepach wolę z laską, bo tak swobodniej i nie muszę się tej "pachy" pilnować.

Gdy idę z laską, zdecydowanie mniej bolą mnie mięśnie wokół kręgosłupa. Mam je mocno osłabione i bez tej "podpory" muszą bardzo ciężko pracować, by w miarę stabilnie trzymać mnie w pionie. Wtedy bolą paskudnie - na wysokości szyi, łopatek, pasa ...

Pewnie następny etap to będzie kula (no chyba, że mnie od razu "porządnie sieknie"), ale staram się to jak najbardziej oddalić, bo laska jest dla mnie w codziennym funkcjonowaniu zdecydowanie wygodniejsza niż kula. Łatwiej ją gdzieś odstawić czy powiesić. Ja na przykład często wieszam ją na torbie lub ręce.

Zwraca uwagę, to pewne. O "niewidzialności" i anonimowości można zapomnieć. Ale o tym ... może w następnym odcinku. :-))

21:05, ju-sty-na
Link Komentarze (3) »

Po tytule notki chyba nikt by się nie domyślił, o czym będzie. :-))

Otóż o Teściowej! :-)

Jeszcze nie minęły nawet trzy tygodnie od Jej operacji oka, a już pełna werwy i wigoru. Przywieźliśmy ją dziś do nas z torbą pełną jakichś "bardzo ważnych papierów", których nie można ot tak sobie wyrzucić. Najlepiej je spalić. A my rodzina mieszczańska i "kaloryferowa", więc poza sezonem działkowo-ogniskowym jest z tym problem. Na szczęście w budynku gospodarczym mamy tzw. "kozę" i właśnie Adam z Teściową poszli ją "nakarmić".

A ja korzystam z wolnej chwili i piszę te słowa. :-)

16:57, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »
piątek, 30 stycznia 2009

Miałam dziś też trochę ćwiczeń z Krysią - rehabilitantką, która przychodzi głównie do mojego Taty, ale ze mną też coś tam zwykle "wyrzeźbi". :-) Głównie równoważne i koordynacja.

Ale ja właściwie nie o tym chciałam ...

Widziałyśmy się niedawno "przelotem" w szpitalu, w którym Krysia pracuje. Ja z laską, bo miałam sporo chodzenia po tym szpitalu, a poza tym na zewnątrz "śliskota".

Dzisiaj Krysia mówi mi tak: "Powinnaś chodzić z laską. Widziałam, że Ci łatwiej. I że się nie wstydzisz."

No fakt! Kurcze, czy to widać, że już się nie wstydzę???

19:11, ju-sty-na
Link Komentarze (5) »

...dwutygodniową serię zabiegów w przychodni rehabilitacyjnej. Nie znałam wcześniej tej przychodni i ... jestem pod wrażeniem.

W czasach nieustającej reformy, kryzysu, biedy, bylejakości i marazmu w służbie zdrowia znalazłam miejsce ... przyjazne ludziom. Cudów nie ma, więc wszechobecne "terminy" i "limity" oczywiście są, ale atmosfera - rewelacja! Jakim cudem udało się zebrać tak sympatyczny i zgrany zespół pracowników?

Nie mogę powiedzieć złego słowa o nikim, z kim miałam do czynienia - począwszy od szatniarek, a na lekarzach skończywszy. Uśmiech, humor i życzliwość. Pacjenci to nie intruzi i zło konieczne, ale partnerzy, którym chce się ułatwić, a nie utrudnić życie.

Że to niby takie oczywiste?

Myślę, że prawie każdy ma jakieś niezbyt przyjemne doświadczenia z tego typu miejsc, kiedy poczuł się "przedmiotem" i "przeszkadzaczem". Ja mam. Może dlatego takie "normalne" i "oczywiste" mnie zaskoczyło.

Cieszę się, że znalazłam miejsce, gdzie mogę liczyć na wsparcie i pomoc. I gdzie nie "spłoszyli się" diagnozą SM, a to, niestety, bardzo częste.

18:01, ju-sty-na
Link Komentarze (1) »
środa, 28 stycznia 2009

Chodzi o panią Anię, która od jesieni pomaga nam w prowadzeniu domu - sprzątanie, prasowanie, gotowanie itd.

Ja jestem z niej zadowolona, nawet bardzo. Jeśli nawet zdarzą się Jej jakieś niedoróbki albo coś zrobi nie po mojej myśli, to są to naprawdę drobiazgi, które łatwo dogadać.

Natomiast moja Mama nie potrafi albo nie chce pani Ani zaakceptować. :-((

No i mamy problem!

Pani Ania dosłownie "spadła nam z nieba", gdy Mama trafiła nagle jesienią do szpitala, a my zostaliśmy sami z całym "gospodarstwem" - opieką nad moim sparaliżowanym Tatą, gotowaniem, praniem, sprzątaniem, absorbującą pracą, martwieniem się o Mamę i własnymi kłopotami, w tym moimi zdrowotnymi. Bardzo nam pomogła. Odciążyła nas, gotowała obiady, Tata miał opiekę. Jakoś udało się to wszystko opanować.

Lekarze jako główną przyczynę kłopotów zdrowotnych Mamy podawali przemęczenie i branie na siebie zbyt wielu obowiązków. Recepta wydawała się oczywista - odciążyć!

No i tu "zaczęły się schody", bo Mama wszystkim wkoło stara się udowodnić, że świetnie sobie ze wszystkim sama radzi i nie potrzebuje niczyjej pomocy. O żadnym oszczędzaniu się i zwolnieniu tempa nie ma mowy.

Za to namiętnie bojkotuje panią Anię, czepia się każdego "duperela" i ewidentnie robi "z igły widły". Przykład: afera o nieodkurzony dzwoneczek na półce czy o zbyt mocno zrumienioną cebulkę na patelni.

Mama twierdzi, że obecność pani Ani Ją "ogranicza" i "nie zamierza podporządkowywać Jej swojego życia".

A we mnie narasta nerw, frustracja i bezsilność, bo te wszystkie pretensje są kierowane do mnie, a nie do pani Ani!

O co tutaj chodzi? Czego ja nie rozumiem? Co Mama chce w ten sposób osiągnąć?

Przecież to, że pani Ania będzie do nas przychodzić i pomagać, było z Mamą uzgodnione. Problemem nie są też pieniądze, bo to głównie my płacimy.

Czy chodzi o osobę, czy o coś innego? Może o to, że to nie Mama - "główna gospodyni" wprowadzała Ją w "sprawy domowe", bo była wówczas w szpitalu?

Nie wiem, co z tym zrobić. Nie chcę rezygnować z pani Ani, bo jej pomoc jest mi potrzebna, tym bardziej, że jeszcze pracuję. Mieszkamy w jednym domu z rodzicami, więc nie jest możliwe, żeby pani Ania przychodziła tylko do nas. Zresztą, przecież tu miało chodzić o odciążenie Mamy!!!

My w pracy, Mama też często wyjeżdża z domu w swoich sprawach zawodowych - czy Tata ma siedzieć sam? On akceptuje panią Anię i, jak mówi, czuje się bezpieczniej, gdy ktoś jest w domu. Nawet ten argument trafia do Mamy tylko na chwilę.

Co o tym sądzicie? Może podsuniecie mi jakieś pomysły - Dlaczego to się nie udaje?

Ja już "wymiękam"!

17:30, ju-sty-na
Link Komentarze (10) »
wtorek, 27 stycznia 2009

Ćwiczyłam. Dosyć długo i sumiennie. I dobrze mnie to nastroiło.

Przekonałam się, że wiele jeszcze mogę. I optymistycznie zakładam, że nadal tak będzie.

00:15, ju-sty-na
Link Komentarze (3) »
niedziela, 25 stycznia 2009

Smutno mi z powodu dzisiejszych "zawirowań" u Ani.

Anka, będą lepsze dni, uwierz!

23:11, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »

Leżę nieruchomo, zamykam oczy i ... po chwili już nie wiem, gdzie zaczyna się i kończy moje ciało. Nie wiem, gdzie są nogi, nie wiem, gdzie są ręce... Muszę nimi poruszyć, by ich świadomość wróciła. I wraca. :-)

To i tak lepsze od chwil, gdy na przykład nie mogłam założyć rękawiczek z palcami, bo nie czułam w ogóle palców u rąk i nijak nie mogłam ich pojedynczo porozmieszczać, albo nie czułam w ogóle stóp i butów na tych stopach. O rany, tak też już było!

Drętwienie, mrowienie, rwanie, ściskanie, zmienione czucie, tak zwane parestezje - w rękach, nogach, tułowiu - nauczyłam się już z tym żyć. Pewnie, że to niemiłe, ale jednak CZUCIE.

Marzy mi się, żeby nigdy w opisie mojego stanu słowo NIEDOWŁAD nie zostało zastąpione słowem BEZWŁAD.

Ale mnie wzięło na rozważania, co? Aż się sama tych myśli przestraszyłam. Kończę i uciekam trochę pożyć. :-))

19:40, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »
sobota, 24 stycznia 2009

Ale miałam Dzień Lenia.

Rano - spałam prawie do południa.

Po południu - też spałam, bo zaczęłam się czuć "grypowo" i postanowiłam "wkroczyć" z lekami (trochę usypiającymi). Może uda się zdusić infekcję w zarodku. Oby.

Dopiero wieczorem - dwie mocne herbatki, coś słodkiego "na rozruch" i ... zaczynam dzień. :-)) WITAJCIE!

23:08, ju-sty-na
Link Komentarze (1) »
piątek, 23 stycznia 2009

Myślę o wpisie Ethel.

Też mam problemy ze schodami, ale moje to "pikuś". Nie wiem nawet, ile jest schodów na piętro. Czyli póki co nie musi to być duża przeszkoda.

Ale poręcz z drugiej strony właśnie obmyślamy. Będzie łatwiej i bezpieczniej.

23:30, ju-sty-na
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3