RSS
środa, 09 stycznia 2008

Dziś się zaczął. Na początek "ROZPIERDUCHA" (określenie naszego kafelkarza), czyli skuwanie starych kafelków, likwidacja paneli na suficie itd. Potem hydraulicy, a potem nasze piękne, nowe kafelki i nie mniej piękny "biały montaż". Podśmiewam się trochę z tego, bo na wybranie i kupienie wszystkiego przeznaczyliśmy "aż" dwie godziny. Kiedy my w końcu przestaniemy się spieszyć! Chyba po śmierci!

A tak serio - ten pęd już mnie męczy. Chciałabym wolniej, spokojniej, bardziej systematycznie i przewidywalnie. Ale jakoś mi się nie udaje.

Przecież ja powinnam się oszczędzać! A ja co - "na wariata" wybieram kafelki i decyduję się na ozdobne listwy (dekory) w palemki. Oj, niezła PALMA! Ale i tak mogło być gorzej - na piramidy i wielbłądy (na płytkach) się nie zgodziłam!

17:52, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 stycznia 2008

Wczoraj, po dwóch tygodniach pobytu w Polsce, do Getyngi wrócili moja siostra i jej rodzinka. Pusto się zrobiło! Super, źe byli i to tak długo! Na 200 metrach powierzchni w ogóle nie czuło się zagęszczenia. Kaźdy bez trudu mógł znależć dla siebie mniej lub bardziej cichy kącik. Nie byliśmy juź skazani na siedzenie "na kupie", co niestety bywało nieraz przyczyną konfliktów i spięć. Przestrzeń jest jednak ważna! No i do posiłków nie musieliśmy siadać "na raty". Przy naszym stole bez trudu mieści się kilkanaście osób!

Cieszę się, że po wielu perypetiach i bojach mamy ten rodzinny azyl, bo zdecydowanie podnosi on nam wszystkim komfort codziennego życia i funkcjonowania. Tata może wyjechać wózkiem bezpośrednio na podwórze i do ogrodu. Bez problemu i dżwigania po schodach wnosi się do domu wszelkie zakupy. Samochody mają garaże przy domu, a szwagier nie musiał stawiać swojego "wypasionego" BMW na strzeżony parking, bo postawił go na zamkniętym podwórzu i widział z okien.

Ale żeby nie było zbyt różowo - dopiero przekonujemy się, ile tak naprawdę kosztuje utrzymanie domu (Już wiemy, że niemało). No i uczymy się być prawdziwymi gospodarzami - Adam odśnieżał dziś chodnik, podwórze i dojazdy do garaży - prawie godzinę!

14:12, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »
piątek, 04 stycznia 2008

Od Nowego Roku cierpię na nową "jednostkę chorobową", która zwie się LEŃ. Objawy:

- zero mobilizacji,

- odkładanie wszystkiego na później (Przecież zdążę.) ,

- niecierpliwe czekanie na koniec tygodnia w pracy.

Konsekwencje to tonięcie w coraz większej stercie papierów i dokumentów oraz kalendarz pęczniejący od wpisywania kolejnych spraw do załatwienia.

Myślę, że w ten sposób mój organizm odreagowuje bardzo intensywnie spędzany czas świąteczno-noworoczny.

Tak więc LUZIK!!!

Tym bardziej, że od przyszłego tygodnia rusza remont naszej łazienki.

11:49, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »
środa, 02 stycznia 2008

Naprawdę! Zorganizowaliśmy całkiem fajnego Sylwestra. 6 gości (3 małźeństwa) i 6 domowników (w tym liczeni moja siostra i szwagier. Mieli wychodzić na jakieś "balety", ale Kasię tak zmogło choróbsko, że zostali w domu). Chyba nie było źle, bo impreza trwała do piątej rano. Ciepłe dania podaliśmy w otwartej kuchni rodziców, resztę potraw u nas na piętrze. Rodzice znali wcześniej naszych znajomych, więc nie było żadnego zakłopotania. Humory dopisywały, apetyty też. Kto chciał - potańczył, kto chciał - postrzelał fajerwerkami na wiwat, kto chciał - porozmawiał. Tylko ja miałam mały problem - parę dni przed Sylwestrem tak nieudolnie zrobiłam sobie zastrzyk z COPAXONE, że na ramieniu pojawił się okazały SINIAK. No i niestety, musiałam schować go pod suknią z rękawami (koronkowymi). Ale nie popsuło mi to w ogóle nastroju.
13:35, ju-sty-na
Link Dodaj komentarz »