|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
MOJA MUZYKA
NAPISZ DO MNIE
NIECH BĘDĄ POD RĘKĄ
O SM
ONI TEŻ ZNAJĄ TEMAT
|
sobota, 07 kwietnia 2012
A więc wracam do blogowania – na tym samym portalu. Nie dlatego, że jestem szczególnie zachwycona bloksem, ale z lenistwa – wiem na co mogę tutaj liczyć, a na moje potrzeby wystarcza. Uświadomiłam sobie, że mój powrót zbiega się w czasie z Wielkanocą, ale to zbieg okoliczności. Z premedytacją bym tego nie wymyśliła, chociaż trochę kusi podczepienie się pod symbolikę świąt: zmartwychwstanie, życie, nowy początek… Poprzestanę na tym, że potraktuję to jako dobry omen.
Teraz znajdziecie mnie tutaj:
czwartek, 05 kwietnia 2012
Wszystkim, którzy do mnie zaglądają, składam najserdeczniejsze życzenia świąteczne.
PS. Powiem Wam "na ucho", że powoli dojrzewam do powrotu – w nowym blogu. Już go buduję. Pozdrawiam – Justyna
środa, 28 marca 2012
Dziękuję Wam za odzew. To miłe, że czytacie i generalnie chcecie czytać dalej. :-) Mimo to zdecydowałam, że zrobię sobie przerwę. Blog na razie zostanie, bo jeszcze nie do końca wiem, jak chciałabym to dalej poprowadzić. Raczej nie zniknę zupełnie, bo blogowanie faktycznie wciąga jak narkotyk. Może zmienię mu image, a może założę coś nowego i dam znać, gdzie mnie znajdziecie. A póki co pauzuję, zajmuję się życiem i od czasu do czasu zaglądam do Was. No to tymczasem!
piątek, 23 marca 2012
Czuję się coraz bardziej spętana tematyką tego bloga. Wyrzuciłam już z siebie to, co chciałam wyrzucić, wyartykułowałam i przerobiłam tutaj naprawdę wiele. Potrzebowałam tego. Myślę, że zawdzięczam blogowaniu i Wam Drodzy Czytelnicy bardzo dużo, ale chyba już dość. Nie chcę już pisać o chorobie, bo zaczynam się powtarzać. Ten blog powstał głównie po to, żeby pisać o SM, a o sobie jedynie od przypadku do przypadku i najlepiej w kontekście choroby. Formuła się zdezaktualizowała! Chyba czas "odciąć pępowinę"!
sobota, 17 marca 2012
Adam tak "piał", że chce się szybciej położyć, a jak przyszło co do czego, spać mu się odechciało i towarzyszy mi w "nocnym markowaniu". Jakąś "strzelankę" katuje i jeszcze mnie przekonuje, że to gra strategiczna. Jakoś nie dowierzam. ;-))) Daria podpowiedziała mi maseczkę i to był baaardzo dobry pomysł. Maseczka już się wchłonęła, zmarszczki poszły się bujać. ;-))) I tym optymistycznym akcentem niniejszym kończę fajną w sumie sobotę. Bye! Zauważyłam, że od dłuższego czasu niewiele piszę o SM-ie. Zdecydowanie więcej jest o JUSTYNIE. I to nie dlatego, że choroba odpuściła. O nie! Ona wciąż jest i każdego dnia mniej lub bardziej przypomina mi o tym. A to się potykam, a to się zataczam, a to się przewracam, a to nie mogę się wyprostować, a to nie mam siły podnieść nogi i wejść po schodach, a to spastyka złapie mnie taka, że nie panuję nad nogami czy rękami, a to pęcherz jest nieposłuszny i nie zdążę… i tak dalej. Ale ja już o tym wszystkim pisałam! Wtedy, kiedy musiałam to z siebie wyrzucić, poukładać, oswoić. I przywyknąć. Nie – "pogodzić się", ale właśnie "przywyknąć". I nauczyć się tego – że tak się zdarza, że bywa, że nie do końca mogę nad tym zapanować, chociaż się staram. Oczywiście, że mnie to wkurza! Bo utrudnia, przeszkadza, nieraz coś uniemożliwia. Bywa, że irytuje tak, że "kopię się z koniem", choć – na rozum biorąc – to nie ma sensu. Tylko potęguje stres i angażuje energię. Cóż, nieraz emocje wygrywają. I wtedy się wypłakuję, na blogu też – bo to mi pomaga. Ale na co dzień SM jest tylko jednym z elementów mojego życia – nie zaprząta całej mojej uwagi ani nie dominuje w moich myślach. (Tu wyjaśnienie: Gdybym była np. w pełni sparaliżowanym, leżącym esemowcem byłoby zapewne inaczej. Mówię o "moim esemie" – obecnie EDSS 6). Bo oprócz tego, że choruję na SM jestem żoną, córką i mam związane z tymi rolami konkretne zadania. Bo trzeba ugotować, sprzątnąć, zatroszczyć się, pomóc, doradzić, porozmawiać, odwiedzić, zorganizować, kupić, przytulić, pokochać ;-)) … itd. Normalne życie! Czy bardzo różne od tego, jakie by było gdybym nie chorowała na SM? Cóż, na pewno inne. Pewnie, że chciałabym pracować tak jak wcześniej, nadal prowadzić samochód (do tego mam nadzieję jeszcze wrócić!), podróżować bez ograniczeń, spacerować, chodzić po górach, mieć dużo siły i… nosić buty na obcasach. Ale czy wtedy byłabym szczęśliwsza? Może coś innego by "kulało"? Na przykład życie rodzinne. Krótko mówiąc: Ja już nie rozpamiętuję i po prostu żyję! Tak jak się da – raz lepiej, raz gorzej, czyli… NORMALNIE. I oby jak najdłużej! Nasi goście – moja siostra i szwagier – wrócili dziś do swojego domu w Getyndze. Dzwonili, że już dojechali. Następną wizytę planują dopiero w lipcu. A u nas zrobiło się cicho i smutno. Nawet koty snują się jakieś takie smętne. Nie mogę zebrać się do konkretnych, spójnych działań. Chyba muszę odreagować tę gościnę. I tę gwałtowną zmianę pogody też. Czuję się niezbyt dobrze – bardzo bolą i rwą mnie stawy/ręce/nogi. Rozważałam nawet coś przeciwbólowego, ale odpuściłam i… poszłam się wyspać. Trochę pomogło. Tylko, że teraz "świeżynka" wypoczęta jestem, a Adam zaczyna przebąkiwać, że chyba się szybciej położy. Czuję, że dziś się rozminiemy. ;-)) Buuu… Cóż, bywa i tak!
czwartek, 15 marca 2012
Zanim odpoczęłam i odespałam zrobiło się późne popołudnie. Obudził mnie kot wskakując na mnie z impetem i oznajmiając donośnie, że przecież jest głodny (miauuu!!!), chyba nawet już z głodu umiera (miauuu!!!), a ja – taka nieczuła – śmiem sobie spokojnie spać! (miauuu!!!) ;-))) Taaa… takiej kociej awanturze trudno się oprzeć. Te futrzaste stworzenia naprawdę umieją osiągnąć to, czego chcą. ;-))) Lekko półprzytomna dałam zwierzakom obiadokolację i zeszłam na parter udzielać się rodzinnie. No i zeszło – dopiero niedawno wylądowaliśmy "u siebie", czyli na piętrze. Został czwartek i piątek, a w sobotę nasi goście już wyjeżdżają – znowu za szybko leci ten czas! :-(
środa, 14 marca 2012
Ale od rana miałam wyrypę! Jakbym normalnie na etacie pracowała. Kilka godzin pełnej koncentracji i skupienia, bo mój mąż miał na dziś termin oddania pewnego ważnego sprawozdania - w pięciu egzemplarzach i z ponad dwudziestoma załącznikami każdy, w tym niektóre bardzo rozbudowane. Uff… Trzeba było sporo pokserować, potwierdzić za zgodność z oryginałem, poukładać, powpinać itd. A wszystko w dużym napięciu, bo czasu mało. Zdążyliśmy! Adam pojechał oddać sprawozdanie, a ja… wymiękłam. Jak zeszło ze mnie napięcie, zrobiłam się taka słaba, że nie miałam siły nalać sobie kawy. Zmobilizowałam się dopiero, gdy trochę odpoczęłam. Ale i tak chyba muszę tę wyrypę odespać, bo zmęczyło mnie to tempo bardzo. Cóż – już odwykłam. :-( Ależ ten marzec leci! Sporo czasu zajmuje mi pomaganie mężowi w jego zawodowych sprawach. Za asystentko-sekretarkę robię. ;-)) Cóż, papierologia nigdy nie była Jego pasją i wciąż nie jest. A ja dla odmiany dosyć dobrze się w tym czuję, więc… czemu nie. Ciekawe kiedy będzie wypłata? I ile? ;-)) Może mnie chociaż na lody zaprosi, powiedzmy do Grycana, albo na inne "osowiałe" ciasto (dla niezorientowanych – nasz regionalny "potentat" cukierniczy nazywa się Sowa). :-)) Od kilku dni mamy gości – moja siostra i szwagier na tydzień przyjechali, więc życie rodzinne mocno nas absorbuje. Musimy jak zwykle "na zapas" się nagadać, bo następny raz przyjadą dopiero w lipcu. W sobotę znowu K2 zdobywałam – byliśmy u koleżanki, która mieszka na strychu starej kamienicy. Odpowiednik mniej więcej… piątego piętra bez windy. Nie było łatwo, ale wlazłam i zlazłam, a w międzyczasie nieźle się pogościłam. Koleżanka zaserwowała serowe fondue i kilka innych smacznych frykasów. Ona lubi i umie zajmować się kuchnią, więc nasze brzuchy nieżle dopieściła. :-) Co jeszcze? TIKA przyniosła do domu sikorkę – żywą!!! Biedny ptaszek o mało zawału nie dostał. My zresztą też. Udało się zwrócić mu wolność – wyfrunął przez otwarte drzwi balkonowe. A TIKA? Rozżalona patrzyła jak jej "zabawka" odlatuje. Ech, koty! Ciekawe, czym nas jeszcze zaskoczą? Tyle najnowszych wieści z moich okopów. Bye! |